"Wyśnione szczęście"
Kristin Hannah
„Ostatnie czekoladki w bombonierce
zawsze smakują najlepiej.”
Książkę „Wyśnione szczęście” mam na półce już od trzech lat. Trafiła do mnie w wyjątkowo miłych okolicznościach. W 2022 roku wzięłam udział w czytelniczym wyzwaniu organizowanym przez serwis Granice.pl. Zadanie polegało na tym, by przeczytać tyle książek, ile mam wzrostu. Brzmiało zabawnie, ale potraktowałam je całkiem serio. I ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że przeczytałam… znacznie więcej, niż wynosi mój wzrost. Dzięki temu zostałam wyróżniona i nagrodzona zestawem książek, a wśród nich znalazła się właśnie powieść Kristin Hannah. Leżała sobie spokojnie, czekając na swój moment — i w końcu nadszedł.
Patrząc na okładkę, spodziewałam się typowo świątecznej historii: ciepłej, pachnącej piernikami, pełnej migoczących lampek i rodzinnej atmosfery. Liczyłam na coś lekkiego, otulającego, idealnego na grudniowy wieczór. Jednak szybko okazało się, że „Wyśnione szczęście” nie jest klasyczną powieścią bożonarodzeniową. Świąteczne akcenty oczywiście są, ale nie dominują, stanowią raczej delikatne tło, które nabiera znaczenia dopiero wtedy, gdy poznamy całą historię.
Główną bohaterkę, Joy Candellaro, poznajemy w trudnym momencie życia. Pracuje jako bibliotekarka w Bakersfield, a rok wcześniej jej świat rozpadł się na kawałki nakryła swego męża Thomasa na zdradzie z własną siostrą. Teraz jest od trzech miesięcy po rozwodzie, ale ból wcale nie mija. Wręcz przeciwnie: świąteczny czas, który kiedyś kochała, teraz tylko pogłębia jej samotność.
Widzimy ją w ostatni piątek przed Bożym Narodzeniem, gdy wraca z pracy do domu i zastaje przed nim Stacey — siostrę, która ją skrzywdziła. Stacey najpierw mówi, że rzuciła Thomasa, a chwilę później wręcza Joy zaproszenie na… ich ślub. Joy w tym momencie nie wytrzymuje i wsiada w samochód kierując się na lotnisko, jakby chciała uciec od wszystkiego, co ją boli. Widząc lot do miejscowości Hope, postanawia tam polecieć, mając nadzieję na lepsze, nowe życie. Jednak sprawy nabierają nieoczekiwanego zwrotu, w wyniku czego do tego nie dochodzi, bo samolot ulega katastrofie. I od tego momentu zaczyna się robić naprawdę dziwnie. Granica między tym, co realne, a tym, co możliwe tylko w świątecznym czasie, zaczyna się zacierać.
Trochę to wygląda zbyt prosto, a jednocześnie skomplikowanie, co z początku mnie nieco zniechęciło. Jednak mimo wszystko byłam ciekawa dalszych wydarzeń i losów bohaterki. Książka „Wyśnione szczęście” to nie jest grubym dziełem, więc tym bardziej chciałam dotrzeć do końca tej historii. Fabuła została podzielona na dwie części, które coraz bardziej mnie intrygowały, ukazując zupełnie różne płaszczyzny emocjonalne. Autorka prowadzi narrację w pierwszoplanowej relacji i w dużej mierze w sposób opisowy, czasami skupiając się na drobnych szczegółach i nastroju, a nie na dynamicznej akcji. Niektóre wydarzenia przedstawione są skrótowo, inne rozbudowane do detali, uzupełnione dialogami, które nie są banalne, wnoszą do historii dodatkowe informacje i sprawiają, że coraz lepiej poznajemy bohaterów.
Muszę przyznać, że pierwsza część książki budziła we mnie mieszane uczucia. Wydarzenia wydawały mi się mało realistyczne, na przykład moment, gdy Joy, krótko po katastrofie lotniczej rusza pieszo przez las i pokonuje wiele kilometrów, aż dociera do opuszczonego ośrodka wędkarskiego. Tam poznaje ośmioletniego Bobby’ego i jego ojca Daniela, którego najpierw opisuje go jako „chudego jak wiór”, a chwilę później już jako „przystojnego”. Okazuje się, że Bobby tęskni za zmarłą mamą i twierdzi, że ją widzi. Daniel nie wierzy synowi, ale chłopiec znajduje wsparcie w Joy, która doskonale go rozumie.
Dopiero druga część powieści sprawia, że cała historia nabiera sensu. Wyjaśnienie nie jest dokładnie takie, jakie lubię, ale przyznam, że właśnie czegoś podobnego się spodziewałam. I dopiero wtedy doceniłam pomysłowość autorki. Kristin Hannah prowadzi nas przez pozornie nierealne wydarzenia po to, by pokazać, że magia świąt nie zawsze wygląda tak, jak sobie wyobrażamy.
„Wyśnione szczęście” to jedna z tych książek, które warto przeczytać do końca, nawet jeśli początek nie porywa, czy też sugeruje zwykłą obyczajowo‑świąteczną opowieść. Wyłania się z niej opowieść o nadziei, o drugich szansach, wybaczaniu, radzeniu sobie ze stratą i o tym, że czasem trzeba się zgubić, by naprawdę się odnaleźć. To książka, która nie od razu wciąga swoim rytmem i wydarzeniami. ale w efekcie zostawia po sobie ciepło i refleksję. I choć nie jest typową świąteczną historią, to właśnie dzięki temu jej przesłanie wybrzmiewa mocniej. Uświadamia, że czasami dzieją się rzeczy trudne do zrozumienia, ale gdy pójdziemy za głosem serca i intuicji - odnajdziemy swoje szczęście.
Data premiery: 07.11.2008r. i 28.09.2022r.
Data premiera oryg. 06.10.2020r.
Ilość stron: 256
Okładka; miękka ze skrzydełkami
Wymiary: 135 x 215 mm
Tytuł oryginału: Comfort & Joy
Tłumaczenie: Zdzisława Lewikowa
ISBN: 978-83-8139-415-4
Wydawnictwo: Świat Książki
Moja ocena: 4/6







Widzę, że to ciekawa propozycja czytelnicza. Będę miała ją na uwadze.
OdpowiedzUsuń