niedziela, 29 czerwca 2025

[117/25] - 1830. - "Wiem, co zrobiłeś"


"Wiem, co zrobiłeś"
Adrian Bednarek

„Porażka jest najgorszą zmorą 
ambitnego człowieka."

Każde działanie niesie za sobą konsekwencje, zgodnie z zasadą: „dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie”. To przysłowie idealnie oddaje ducha historii zawartej w książce „Wiem, co zrobiłeś”, w której pozory potrafią zmylić, a cena, jaką trzeba zapłacić za życiowe wybory, bywa zaskakująco wysoka.

Iza i Filip Mellerowie to rodzeństwo z pozoru zwyczajne, kochające się i wspierające, ale to tylko zasłona dla tego, jacy są naprawdę. To rodzeństwo z piekła, a ich życie to jedno wielkie oszustwo, oparte na manipulacji, wyrachowaniu i dążeniu do luksusu za wszelką cenę. Dla nich liczą się tylko i wyłącznie pieniądze. Działają razem, niczym dobrze naoliwiona machina, by mogli prowadzić życie takie, o jakim marzą. By móc korzystać z niego w pełni posuwają się do przestępstw, żerując na bogatych mężczyznach. Ich metoda sprawdza się od dłuższego czasu, więc ich apetyt rośnie, gdy szukają nowych ofiar. W swojej „działalności” mieli lepsze i gorsze momenty, ale mimo to nadal robią wszystko, by, by nie pracując, mieć pieniądze na wszystko, o czym zamarzą. Jednym słowem, a właściwie dwoma: to para darmozjadów, którzy żerują na innych. 


Nie polubiłam żadnego z nich, ani Filipa, ani Izy, zwłaszcza Izy, która jest młodą, perfidną, manipulantką, materialistką, zimną i arogancką. Niestety nie polubiłam też ich kolejnej ofiary, jaką sobie upatrzyli, a jest nim Mariusz Opaliński – światowej sławy piłkarz, który właśnie wrócił niespodziewanie do rodzinnego Krakowa, w którym  zaczynał swoją karierę w miejscowej drużynie Baszti Kraków. Po pewnych wydarzeniach skorzystał z okazji i przeniósł się do Paryża, by tam kontynuować piłkarską drogę.

Zabrakło mi w jego osobowości mroczności, bardziej dynamicznego i pewnego siebie mężczyznę, który nie daje sobą manipulować. Swoją postawą i momentami łatwowiernością sprawiał wrażenie niedoświadczonego nastolatka, a nie dorosłego mężczyzny. Daje się wodzić za nos perfidnej kobietce, nie wyczuwając w niej fałszu. Kryje się wprawdzie za jego zachowaniem tajemnica, którą skrzętnie skrywa, ale okazuje się facetem, który ulega urokowi młodej, pustej, wyrafinowanej dziewczynie bez zahamowań wykorzystującej jego naiwność. 


Tytuł najnowszej powieści pana Adriana Bednarka „Wiem, co zrobiłeś” rozbudził moją ciekawość. Chciałam dowiedzieć się, co nowego przygotował autor dla swoich czytelników. Ta książka wyraźnie różni się od dotychczasowych jego dzieł. Przede wszystkim nie znajdziemy tu mniej drastycznych scen, czy makabrycznych opisów, choć nie znaczy to, że zabrakło elementów budzących niepokój i przyprawiających o przysłowiową „gęsią skórkę”.

Do tej powieści mam mieszane odczucia, bo z jednej strony pan Bednarek, jak zawsze, trzyma poziom pisarski, prowadzi świetnie fabułę dorzucając emocjonujące wstawki. Jednak z drugiej strony czegoś mi w tym zabrakło. Tym razem autor wrzuca nas w środowisko piłkarskie, co stanowi ciekawe tło dla wydarzeń. Nie dominuje ono jednak nad fabułą, a raczej pełni funkcję kontekstu społecznego i emocjonalnego.

Interesującym zabiegiem narracyjnym zastosowanym przez autora jest prowadzenie historii wyłącznie z punktu widzenia dwóch postaci: Filipa i Mariusza. Ich perspektywy zostały wyraźnie rozdzielone za pomocą różnego oznaczenia rozdziałów — te należące do Filipa opatrzono cyframi arabskimi, natomiast narrację Mariusza wyróżniono numeracją rzymską. Taki zabieg nie tylko porządkuje strukturę powieści, ale również podkreśla różnice w sposobie myślenia i odbierania rzeczywistości przez obu bohaterów.


Autor po raz kolejny pokazał, że jest dobrym obserwatorem rzeczywistości i w swój charakterystyczny sposób pokazuje mechanizm działania osób nastawionych na materialną stronę życia, ale też skutki traum mających swoje źródło w wydarzeniach z dzieciństwa. Uświadamia przede wszystkim, że posiadanie informacji jest dziś siłą, którą można wykorzystać na wiele sposobów. 

To tak jak z nożem, który sam w sobie nie jest groźny, bo przecież służy nam do wykonywania różnych czynności kulinarnych, czy naprawczych, ale też można nim zrobić komuś krzywdę. Tak jest z informacją, która jest podstawą wiedzy o świecie, ale pan Bednarek pokazuje, że w dzisiejszych czasach mając dostęp do informacji i współczesnej technologii, można kogoś zniszczyć, wykorzystać, czy okraść spychając człowieka na samo dno. Do tego jednak trzeba być bezwzględnym i bezuczuciowym potworem, takim jest zarówno Filip, jak i jego siostra. Zarzucając sieć na Opalińskiego nie zdają sobie sprawy, kim naprawdę jest znany piłkarz i co kryje się w jego przeszłości.

Pan Bednarek ponownie kreśli wyraziste postacie o spaczonej psychice i pokręconych osobowościach, których trudne dzieciństwo rzuca długi cień na teraźniejsze wybory. Niemal do samego końca nie wiadomo, w jaki sposób Mariusz Opaliński radzi sobie ze swoimi demonami i dlaczego powrócił do Krakowa. To nurtuje też Filipa, który usilnie stara się odkryć coś, co mógłby wykorzystać przeciwko piłkarzowi. Oczywiście czynny udział bierze w tym projekcie jego siostrzyczka, ale żadne z nich nie przewidziało, takiego przebiegu wydarzeń i takiego końca.


„Wiem, co zrobiłeś” to powieść, która wciąga swoją historią, ale ma w sobie coś, co nie do końca mnie usatysfakcjonowało. Trzeba przyznać, że Adrian Bednarek po raz kolejny udowodnił, że potrafi zaskakiwać i szokować czytelnika, nawet bez konieczności używania krwawych opisów. Stworzył historię mocno osadzoną we współczesnych realiach, aktualną tematycznie i wywołującą refleksję nad naturą ludzkich wyborów. To powieść o zupełnie innym charakterze, niż wcześniejsze książki autora. Są w niej wprawdzie intensywne epizody, zwłaszcza w końcowych rozdziałach, to jednak nie usatysfakcjonowała i nie zaangażowała mnie w takim stopniu, jak seria z Kubą Sobańskim. Tamten cykl wciąż pozostaje dla mnie literackim numerem jeden spośród twórczości autora.

Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem 
Wydanie: I
Data premiery: 30.05.2025r.
Wymiary: 130x210 mm
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 436
ISBN: 978-83-8373-905-2
Wydawnictwo: Zaczytani
Moje ocena: 5/6


piątek, 27 czerwca 2025

[116/25] - 1829. - "Tam, gdzie prowadzi serce" - Tom I


"Tam, gdzie prowadzi serce"
Tom pierwszy
Eliza Nowak

„Do egzystencji wystarczy nawet jeden wartościowy człowiek,
któremu zawsze można zaufać.”

Mówią, że kto się czubi, ten się lubi i trudno zrozumieć nie raz, dlaczego czujemy niechęć do jakiejś osoby. Czasem potrzeba zmiany nastawienia, spędzenia z tym kimś trochę czasu, ale też trochę morskiego wiatru, by naprawdę zrozumieć, co w nas gra. Te elementy pomogły bohaterce powieści „Tam, gdzie prowadzi serce”, dostrzec to, czego nie widziała wcześniej.

Emilia Miaris mieszka w Niemczech, gdzie studiuje i układa sobie życie według własnych zasad. Przed ważnymi egzaminami postanawia złapać oddech i zrelaksować się podczas rejsu wzdłuż wybrzeża Chorwacji w towarzystwie ojca. Entuzjazm jednak szybko gaśnie, gdy okazuje się, że kapitanem jachtu będzie Maksymilian Brand, mężczyzna, którego Emilia nie znosi i uważa za aroganckiego bufona. Mimo uprzedzeń decyduje się wyruszyć w podróż i po prostu cieszyć się chwilą, ignorując obecność irytującego towarzysza. Szybko jednak przekonuje się, że to nie takie proste. Nie spodziewała się, że rejs po chorwackim wybrzeżu stanie się dla niej nie tylko okazją do odpoczynku, ale też podróżą w głąb własnych emocji.


„Tam, gdzie prowadzi serce” to debiut Elizy Nowak, który uważam za bardzo udany. Autorka potrafi przyciągnąć uwagę czytelnika, wniknąć w emocje bohaterów i sprawić, że niemal czujemy wiatr we włosach podczas rejsu. Fabuła płynie jak jacht po morzu — raz jest spokojnie, a innym razem burzliwie, co sprawia, że trudno się oderwać od lektury. Do tego chorwackie krajobrazy, urokliwe zatoczki i atmosfera śródziemnomorskiego lata stanowią piękne tło dla rozwijającej się relacji i narastających napięć.

Autorka nie traci czasu na długie wprowadzenia i od razu wrzuca nas w środek akcji. Już na początku Emilia stanowczo odmawia udziału w rejsie tylko dlatego, że ma w nim uczestniczyć Maks. Ta impulsywna reakcja i sposób wyrażania sprzeciwu sprawiły, że początkowo trudno było mi ją polubić. Miałam wrażenie, że to będzie kolejna historia oparta na schemacie „od nienawiści do miłości”, z iskrzącymi dialogami i wzajemną niechęcią. Zwłaszcza, że Emilia od początku nie znosi Maksa i to bez wyraźnego powodu. Spodziewałam się, że on jest faktycznie zarozumiały, arogancki i trudny w obyciu. Tymczasem okazało się, że to Emilia nosi w sobie uprzedzenia, a Maks jest sympatycznym, pomocnym i pełnym pozytywnej energii mężczyzną. Nie ma tatuaży, nie wygląda jak gangster, za to imponuje wiedzą, empatią i spokojem. Polubiłam go od razu, czego niestety nie mogę powiedzieć o Emilii.


„Tam, gdzie prowadzi serce” można zaliczyć do romansu z motywem początkowej niechęci, która z czasem ustępuje miejsca uczuciu. Chemia między bohaterami staje się coraz bardziej wyczuwalna, a Emilia szybko orientuje się, że Maks działa na nią jak narkotyk. Takiego rozwoju relacji można się było tego spodziewać, ale nie jest to słodka, prosta historia, gdyż autorka potrafiła zaskoczyć nagłymi zwrotami akcji. To opowieść, w której emocje są pełne żaru, gwałtowności, a dzięki temu wyraźnie wyczuwalne. Ich siła tkwi w niedopowiedzeniach, spojrzeniach, gestach i zmianie tonu. Powoli wkracza też wątek, który wprowadza do fabuły mroczną, tajemniczą i niebezpieczną atmosferę dająca wrażenie zagrożenia.

Narracja prowadzona z punktu widzenia Emilii, ale tak, jakby on zwierzała się nam z tego, co przeżyła. Zwraca się czasami bezpośrednio do nas, skupiając naszą uwagę i pozwalając nam zajrzeć do tego, co dziewczyna myśli i czuje. Emilia z pozoru wie, czego chce i zna siebie doskonale, ale dopiero konfrontacja z przeszłością, uprzedzeniami i przystojnym kapitanem jachtu pokazuje, że serce ma swój własny kompas.

Gdy wydaje się, że wszystko zmierza ku spokojnemu zakończeniu, nadciąga emocjonalna burza pozostawiając nas w zdumieniu i zawieszeniu emocjonalnym. Co ważne, „Tam, gdzie prowadzi serce” to dopiero pierwszy tom tej historii, a po takim zakończeniu z ogromną niecierpliwością będę wypatrywać kontynuacji. Mam nadzieję, że kolejna część pozwoli jeszcze głębiej zanurzyć się w świat Emilii i Maksa, a autorka ma w zanadrzu jeszcze nie jedną niespodziankę.



Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem 


Wydanie: Pierwsze
Data premiery: 23.05.2025r.
Wymiary: 130x210mm
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 446
ISBN: 978-83-8373-745-4
Wydawca: Novae Res
Moja ocena: 6/6



czwartek, 26 czerwca 2025

[115/25] - 1828. - "Ostatni gość weselny"


"Ostatni gość weselny"
Jason Rekulak

"Kiedy ktoś ma pieniądze, 
w tych czasach wszystko może mu ujść na sucho"

Ślub dziecka to dla wielu rodziców wydarzenie niezwykle emocjonalne — pełne dumy, wzruszeń, ale też refleksji nad czasem, który niepostrzeżenie minął. To moment symboliczny, w którym dziecko wkracza w nowy etap życia, a rodzic musi pogodzić się z tym, że nie odgrywa w nim już głównej roli. Zwłaszcza jeśli relacja nie była idealna, taka uroczystość może stać się nie tylko świętem, ale też szansą na pojednanie. Na taką szansę liczył bohater książki „Ostatni gość weselny”, który miał nadzieję, że uda się naprawić relację z córką, którą kiedyś zawiódł.


Frank Szatowski ma 52 lata i mieszka od zawsze w pensylwańskim Stroudsburgu, w którym od 25 lat pracuje jako kierowca firmy kurierskiej. Trzy lata temu pogorszeniu uległy jego kontakty z córką, Maggie i dlatego ogromnie zaskoczył go telefon od niej z zaproszeniem na ślub. Ich relacja urwała się z powodów, które długo pozostają dla czytelnika tajemnicą. Wraz z zaproszeniem na ślub budzi się  nadzieja na odbudowanie więzi z Maggie, co staje się dla niego ważniejsze niż poczucie niedopasowania do świata, do którego właśnie został zaproszony. To bowiem świat wypełniony luksusem, chłodną etykietą i perfekcyjnie wyprasowanymi uśmiechami. Okazało się, że narzeczonym Maggie jest syn słynnego miliardera, Aidan Gardner, którego zachowanie od początku wydaje się Frankowi dziwne. Z każdym kolejnym dniem takich zagadkowych sytuacji i spostrzeżeń pojawia się więcej. Wyraźnie widać, że rodzina Gardnerów skrywa jakieś tajemnice.


Są książki, które już od pierwszych stron sprawiają, że coś w nas zaczyna rezonować, pojawia się niepokój, ciekawość i intuicja, że to nie będzie zwykła historia. Takie odniosłam wrażenie, gdy przeczytałam opis książki „Ostatni gość weselny” oraz zobaczyłam okładkę. Widać na niej tort weselny, ale gdy przyjrzymy się dokładniej, dostrzeżemy, że ozdabia go nie lukier, lecz krew.

„Ostatni gość weselny” to precyzyjnie skonstruowany dramat rodzinny z wyraźnymi elementami thrillera i kryminału, z elementami   nurtu domestic noir.  Starannie skonstruowane zwroty akcji są umieszczone z wyczuciem i sprawiają, że lektura ani przez chwilę nie nuży. Nie jest to może thriller, którym jest straszno i duszno, ale nie brakuje mocnych wrażeń, tajemnic, wkraczającego niepokoju i obaw o życie bohaterów.

Od pierwszych stron czułam, że coś tu nie gra podejrzewając, że Maggie coś ukrywa. Zachowuje się dziwnie: jest uprzejma, ale chłodna, jakby grała rolę kogoś, kim nie do końca jest. W jej gestach i słowach czai się napięcie, a dystans między ojcem i córką wydaje się większy, niż wynikałoby z upływu lat. Podobnie jest z panem młodym i jego rodziną. Ich zachowanie, choć z pozoru uprzejme, budzi niepokój, jak i cała oprawa związana z przygotowaniami do uroczystości, jak i miejscem dla gości.


Autor świetnie prowadzi narrację, którą śledzimy z punktu widzenia Franka i w ten sposób poznajemy kolejne wydarzenia, wiec wiemy tyle co on, a to z kolei daje nam możliwość własnych obserwacji i wyciągania wniosków. Pan Jason podrzuca nam subtelne wskazówki i umiejętnie, ale dyskretnie buduje atmosferę niepewności. Czytelność stylu i dynamiczna akcja sprawiają, że książkę pochłania się niemal jednym tchem. 

To historia, w której emocje są obecne dosyć często, może nie na każdej stronie, bo nie wybuchają gwałtownie, ale wyczuwalne są w spojrzeniach, niedopowiedzeniach i napięciach pomiędzy bohaterami. Autor postawił na subtelność zamiast dramatyzm, co zdecydowanie działa na korzyść tej opowieści. Sama konstrukcja fabuły opiera się na starannie rozmieszczonych zwrotach akcji, które nie przytłaczają, ale delikatnie przesuwają wydarzenia do przodu. Brak spektakularnych, ale powierzchownych efektów sprawia, że mamy wrażenie, jakby wszystko toczyło się równym rytmem, jednak to tylko pozory. To, co na początku może wydawać się nieistotne, z czasem okazuje się kluczowe.

Pan Rekulak bardzo umiejętnie buduje napięcie, posługując się gestami, niedopowiedzeniami, subtelnym zawieszeniem nastroju. To nie jest thriller, który szokuje przemocą, to powieść, która niepokoi emocjonalnym napięciem. Z każdą stroną atmosfera robi się gęstsza, co sprawia, że z coraz większą ciekawością śledzimy rozwój wydarzeń, próbując złożyć układankę z niekompletnych sygnałów.

Powieść ma wiele atutów, począwszy od klarownego stylu, dobrze zaplanowanego przebieg zdarzeń, poprzez realistyczne postaci i ciążące nad wszystkim tajemnice. Skłania bardziej do refleksji nad tym, jak niewiele czasem wiemy o własnych dzieciach. Gdy są małe, mamy wrażenie, że znamy je najlepiej na świecie. Ale kiedy wkraczają w dorosłość i opuszczają rodzinny dom, ich życie zaczyna toczyć się obok nas. Tracimy kontrolę i dopiero wówczas okazuje się, jak naprawdę wyglądają nasze więzi rodzinne.

Elementem, który mnie rozczarował, było zakończenie – niezbyt jasne i mało spektakularne, które nie rozwala na łopatki. Pomimo tego, uważam, że „Ostatni gość weselny” jest godny polecenia, gdyż to historia tocząca się ze stonowanym tempem, ale z gęstą atmosferą utkaną z subtelnych niepokojów, skrywanych żalów i rodzinnych tajemnic.


Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem

Wydanie: I
Data premiery w Polsce: 13.05.2025r.
Data premiery ang.: 08.10.2024r.
Ilość stron:400
Wymiary:140x205 mm
Okładka: miękka ze skrzydełkami
ISBN 978-83-8335-523-8
Tytuł oryginału: The Last One at the Wedding
Tłumaczenie: Anna Reszka
Wydawca: Wydawnictwo Zysk i S-ka
Moja ocena: 5/6

środa, 25 czerwca 2025

Mój patronat: “OOBE. Życie realnym mitem” - fragment nr. 1


Już za kilka tygodni ukaże się najnowsza książka Roberta Noble "“OOBE. Życie realnym mitem”. Mam przyjemność patronować tej niezwykłej publikacji, gdyż zawiera ona wiele mądrości i pokazuje, że ścieżka duchowa nie zawsze jest łatwa, ale na pewno warto nią kroczyć. Dziś przedstawiam Wam pierwszy fragment tej powieści:

FRAGMENT

 Rozdział: Wieczni podróżnicy

Kiedy rozpoczynałem swoje szkolenie pod okiem Naguala Juliana, bardzo często myślałem jak to będzie, gdy już opanuję wszystkie tajemnice świadomości. Wyobrażałem sobie, że będę dysponował mocą, by zmieniać swoją rzeczywistość według upodobania. Stanę się super istotą, która będzie doświadczać samych wspaniałych rzeczy. Julian śmiał się ze mnie, gdy słyszał o moich górnolotnych planach. Trochę było to dla mnie niezrozumiałe, ponieważ on sam w moich oczach był taką super istotą, która może dokonywać niesamowitych wyczynów.

Nieustannie rozmyślałem o tym, nie wspominając już o innych legendarnych Czarownikach, którzy byli nauczycielami Juliana. To dopiero były istoty o potężnej mocy. Julian dawkował mi wiedzę proporcjonalnie do wzrostu mojej energii i nieskazitelności. Musiałem mocno zapracować sobie na to, by zdradził mi jakiekolwiek informacje. Tak bardzo chciałem poznać te wszystkie szczegóły dotyczące jego nauczycieli. Ale on zbywał mnie ciągle, mówiąc, że dowiem się wszystkiego, gdy będę gotowy. Miałem być nieskazitelnym wojownikiem i czekać na swoją szansę.

Trudnym było dla mnie zadaniem, by nie zasypywać Juliana pytaniami. Podczas jednej z naszych rozmów ponownie podjąłem się próby uzyskania od Juliana jakiejkolwiek informacji. Z reguły zbywał mnie i milczał. Tym razem byłem nieugięty. Szedłem w zaparte ryzykując, że być może zrażę go do siebie i już całkiem zamilknie na wieki.

Było już późne popołudnie, niebo pokryte było pięknymi barwami pomarańczy i fioletu, które przypominały mi o ulotności życia. Widok ten zapierał mi dech w piersiach, czułem jakbym wpatrywał się w przepiękny obraz. Razem z Julianem siedziałem na jednej z ławek. Milczeliśmy dobrych kilka minut. Cisza wokół nas była tak gęsta, że można ją było kroić nożem. W oddali słychać było delikatny szum strumyka, a w powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej trawy. Czułem, że to idealny moment, by spróbować raz jeszcze i poruszyć temat jego nauczycieli.

— Julianie, proszę, opowiedz mi o swoim nauczycielu i innych starożytnych wojownikach — wyrwało mi się, zanim zdążyłem się zastanowić jak dobrze sformułować to pytanie.

Julian spojrzał na mnie, jego wzrok był jak zimna stal. Po chwili jednak jego oczy zmiękły, a na twarzy pojawił się lekki, ironiczny uśmiech.

— Nie mam ci teraz nic do powiedzenia — odparł tonem, który przypominał mi mruczenie dzikiego kota, gotowego do ataku.

Zacisnąłem zęby. Wiedziałem, że jeśli teraz odpuszczę, to nigdy nie dowiem się niczego więcej.

— Czy nie chcesz bym był bardziej nieskazitelny? Może jak mi coś opowiesz, to zrozumiem więcej — próbowałem raz jeszcze.
— Słucham? Wyraźnie się ożywił. Ja mam chcieć byś był nieskazitelny? Dobre sobie. Masz tupet, Robercik — powiedział z kpiną. — Myślisz, że opowieści zrobią z ciebie wojownika?

Zrobiło mi się gorąco, czułem, jak serce zaczyna bić szybciej. Wkurzało mnie, że zawsze traktował mnie jak dzieciaka, który nic nie rozumie.

— Masz rację, źle to określiłem, wiem, że mam być dla samego siebie nieskazitelnym. No ale to nie zmienia faktu, że jak mi opowiesz o swoim nauczycielu to może zyskam coś co pomoże mi w mojej nieskazitelności. Julian zmrużył oczy, jakby oceniając wagę moich słów.

Wyczułem, że coś się zmienia, że może, choć na moment, jego twarda postawa ustąpi miejsca bardziej przyjaznej atmosferze. Ale w jego oczach wciąż czaiła się pewna surowość.

— Zyskasz jak odpuścisz teraz ten temat chłopcze. Nie jesteś jeszcze gotowy. Jakich słów nie rozumiesz? —Myślę, że jestem gotowy. Kiedy jak nie teraz? Co jak jutro umrę? Wtedy na pewno się niczego nie dowiem. Sam mówiłeś, że trzeba żyć chwilą.

— Oho, zaczynasz bredzić. Jeszcze nie żyjesz tą chwilą, zaślepia cię umysł. Jeśli będziesz tak upierdliwy jak do tej pory, to niczego się ode mnie nie dowiesz.

Oszczędzaj energię a wtedy zrozumiesz to co jest ważne dla ciebie.

 

wtorek, 24 czerwca 2025

[114/25] - 1827. - "Co się stało w 1025 roku" - Tom III


"Co się stało w 1025 roku"
Cykl: „Co się stało w…”
Tom trzeci
Przemysław Urbańczyk

"Gdyby nie niespodziewane nałożenie na głowę Bolesława Chrobrego korony królewskiej, rok 1025 nie zapisałby się tak silnie 
w polskiej pamięci zbiorowej."

Chyba każdy zna odpowiedź na pytanie: jakie wydarzenie miało miejsce w Polsce w 1025 roku, ale nie każdy zdaje sobie sprawę, jak ono było ważne dla rozwoju naszego państwa. Chodzi oczywiście koronację Bolesława Chrobrego, która odbyła się w Gnieźnie, ale o tym fakcie informacje są znikome, bo tak naprawdę niewiele wiemy o tamtych czasach. Nie wiadomo nawet kiedy dokładnie koronacja miała miejsce, a istniejące źródła pisane nie dają nam obrazu tak ważnego faktu w dziejach Polski. Jednak historycy potrafią czytać między wierszami dawnych tekstów, wiec dzięki temu obraz wydarzeń sprzed wielu wieków staje się bardziej klarowny i zrozumiały. Jednym z takich historyków jest prof. dr hab. Przemysław Urbańczyk, który w zwięzłej, lecz treściwej książce „Co się stało w 1025 roku?” podejmuje próbę przybliżenia czytelnikowi wydarzenia sprzed tysiąca lat.

Prof. dr hab. Przemysław Urbańczyk to ceniony mediewista i archeolog, profesor Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz Instytutu Archeologii i Etnologii PAN. Ma na swoim koncie setki publikacji naukowych i popularnonaukowych, w tym 15 książek, z których trzy zdobyły prestiżowe nagrody. Jest również kierownikiem Katedry Archeologii Pradziejów i Średniowiecza Europy, a jego badania obejmują m.in. . historię wczesnośredniowiecznej Polski, Skandynawii i północnego Atlantyku.


Publikacja „Co się stało w 1025 roku?” to trzeci tom w cyklu książek poświęconych kluczowym momentom w początkach państwowości polskiej. Wcześniej ukazały się: "Co się stało w 966 roku?" (2016) oraz "Co się stało w 1018 roku?" (2018). Zamiast ogólnych opracowań obejmujących całe epoki, Urbańczyk proponuje głębokie zanurzenie w jedno konkretne wydarzenie, oferując czytelnikowi szansę zrozumienia jego przyczyn, przebiegu i skutków. To efekt pomysłu, by stworzyć cykl przybliżający pojedynczo wydarzenia ważne w dziejach początków naszego państwa. Najczęściej bowiem książki historyczne opowiadają o całości jakiegoś okresu czasu ujmując wiele różnych faktów, więc trudno zwykłemu czytelnikowi wgryźć się w temat i wyobrazić sobie przebieg jakiegoś wydarzenia. Pan Przemysław Urbańczyk rozłożył wczesne lata historii Polski na części analizując istotne momenty dziejowe w osobnych wydaniach.

Profesor Przemysław Urbańczyk umiejętnie osadza postać Bolesława Chrobrego na tle przemian zachodzących w ówczesnej Europie począwszy od osłabienia Cesarstwa zachodniorzymskiego po kryzys Bizancjum, stawiając przy tym szereg pytań związanych z rolą naszego pierwszego króla w ówczesnym świecie. Przygląda się i analizuje nie tylko fakty dotyczące samej koronacji, ale daje nam obraz niemal całości rządów Chrobrego, ukazując jego długą drogę do osiągnięcia upragnionej korony. Podzielił ten ciąg zdarzeń na cztery etapy ujmujące lata: 1000 do 1004 roku, 1013 rok, 1018 rok i 1025 rok.


Książka „Co się stało w 1025 roku?” ma niewielkie, bo kieszonkowe wymiary i liczy zaledwie 138 stron, lecz zawiera imponującą dawkę wiedzy, dostarczając czytelnikowi wielu cennych informacji o realiach epoki i jej znaczących wydarzeniach. Dowiadujemy się nie tylko o tym, jakie znaczenie miała koronacja Chrobrego, jak do niej doszło i jak mogła przebiegać, ale też co działo się po śmierci króla, który zmarł 17 czerwca 1025 roku. Z tej publikacji wyłania się spójny obraz politycznej rzeczywistości ówczesnej Polski oraz istotna rola Bolesława Chrobrego jako władcy, którego działania miały fundamentalne znaczenie w sferze politycznej, militarnej, społeczno-gospodarczej, a także kulturowo-religijnej. Profesor Urbańczyk nie tylko przybliża nam postać króla jako stratega i lidera, ale ukazuje również wizję państwa polskiego w kluczowym momencie jego rozwoju — na progu integracji z chrześcijańską Europą.

Istotna jest również jakość wydania tej publikacji: książka oprawiona jest w twardą okładkę, posiada zszywane brzegi i została wydrukowana na białym papierze czytelną, elegancką czcionką. Całość dopełniają liczne ilustracje — zdjęcia, ryciny oraz cytaty ze znanych źródeł, które wzbogacają treść i stanowią cenny wkład w dyskusję o początkach polskiej państwowości. Choć o samej koronacji wiemy niewiele, obraz, jaki wyłania się z tej publikacji, pozwala lepiej wyobrazić sobie jej doniosłość oraz szeroki kontekst towarzyszących jej okoliczności. To nie tylko rzetelne opracowanie historyczne, ale również zachęta do refleksji nad dziedzictwem, które do dziś kształtuje nasze spojrzenie na początki polskiej państwowości.

Książka „Co się stało w 1025 roku” harmonijnie łączy rzetelność naukową z przystępnym językiem i inspiruje do refleksji nad przeszłością jako fundamentem współczesnej tożsamości. Uświadamia też, jak niewiele wiemy o tamtych czasach i jak wiele jest jeszcze do odkrycia.

Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem 

Wydanie: I
Data premiery: 23.04.2025r.
Ilość stron: 144
Oprawa: twarda
Wymiary: 125x195
ISBN: 978-83-8335-530-6
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Moja ocena: 6/6


sobota, 21 czerwca 2025

[113/25] - 1826. - "Takie samo światło" - Tom II - kontynuacja historii pt.: "Test"


"Takie samo światło"
Seria: Test
Tom drugi
Samuel Milewski, Jolanta Holzer

„Bo nawet najsłabszy promyk światła może sprawić, że poczujemy.
 I nic już nie będzie mogło być takie samo.”

Od premiery pierwszego tomu pt. "Test" minęło już siedem lat, jednak dopiero niedawno poznałam jego bohaterów i charakterystyczny styl duetu Holzer–Milewski. W tym roku ukazała się kontynuacja tej historii pt.: „Takie samo światło” – dalszy ciąg opowieści o czwórce przyjaciół oraz ich różnych relacjach. 

Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły, warto zaznaczyć, że pojawiają się tu dwie pary homoseksualne. Nie są to typowe układy, gdyż w każdym związku są  osoby, które wiedzą, czego pragną i z kim chcą być, natomiast ich obiekty uczuć dopiero poszukują własnej tożsamości i odkrywają swoje preferencje seksualne, choć odnajdują szczęście w obecnej  relacji. Ten wątek, jak i wiele innych, przeplata się z kolejnymi historiami i postaciami, trudno więc streścić wszystko w krótkiej recenzji. Główni bohaterowie – Dagmara, Ryfka, Szymon i Samuel zwany Kubą – znajdują się obecnie na zupełnie innym etapie życia i wzajemnych interakcjach międzyludzkich niż w pierwszym tomie.


Powieść pt.: „Test” była dla mnie trudna w odbiorze, natomiast „Takie samo światło” okazała się znacznie bardziej przystępna i angażująca emocjonalnie. Autorzy zachowali jednak ten sam sposób oznaczania narratorów symbolami, co w poprzedniej książce – pomysł oryginalny, choć moim zdaniem niezbyt czytelny. Gdyby przy grafikach znalazły się również imiona bohaterów, z pewnością ułatwiłoby to orientację w narracji. Na szczęście tym razem treść jest bardziej spójna, uporządkowana i fabularnie wyrazista.

Jak poprzednio, i tutaj obecne są dłuższe opisy i refleksyjne dialogi o filozoficznym zabarwieniu, lecz tym razem zostały one lepiej wkomponowane w przebieg wydarzeń. Autorzy przypominają również kluczowe momenty z „Testu”, co pomaga  lepiej się odnaleźć i wciągnąć w fabułę. Szczególną uwagę zwróciłam na gest autora, Samuela Milewskiego, który dwóm postaciom nadał własne imię i nazwisko – subtelny, lecz wyrazisty sposób na utożsamienie się z ich poglądami i wrażliwością.


"Takie samo światło" to przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy ukrywają swoją prawdziwą twarz za wizerunkiem akceptowalnym społecznie. Lektura wymaga skupienia, gdyż bohaterowie prowadzą często intensywne wewnętrzne dialogi, przeżywają emocjonalne zawirowania, a mnogość przeplatających się wątków może niekiedy przytłaczać. Jednak właśnie w tej gęstości, wielowarstwowości i intelektualnej odwadze tkwi siła tej książki. 

Poza tym dzieje się dosyć sporo, pojawiają się nowe osoby, plączą się wydarzenia osadzone w teraźniejszości, ale też zabierające nas w przeszłość. Duet Holzer i Milewski niezwykle uważnie punktują współczesne tendencje, uprzedzenia i stereotypy. Pokazują, jak trudno jest być „innym” – mieć własne zasady, preferencje, światopogląd w świecie, w którym trudno o tolerancję w niektórych aspektach społecznych. Osoby różniące się od ogółu często czują się samotne, niezrozumiane, a ich potrzeba bliskości i bycia akceptowanym jest równie silna, jak każdego człowieka.


Przesłanie jest wyraźne i poruszające: współczesność bywa bezlitosna dla tych, którzy odbiegają od norm, zwłaszcza w społecznościach, w których dominuje konserwatywne myślenie i silny wpływ Kościoła. To się nie zmieniło od wielu lat, o czym świadczy jedna z historii sięgająca dalekiej przeszłości jednej z pojawiających się postaci drugoplanowych. Jej narracja jest także ujęta w osobnych epizodach, pisana kursywą w postaci pamiętnika. Autorzy nie boją się stawiać trudnych pytań, konfrontować utartych przekonań i otwierać przestrzeni do rozmowy. Pokazują, że gdy spotkają się dwie osoby, które są sobie przeznaczone, stają się dla siebie nawzajem światłem, takim, które rozświetla codzienność i daje to, co najważniejsze: poczucie bycia kochanym, akceptowanym i szczęśliwym.

Recenzja tomu I "Test"

Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem

Wydanie: I
Data premiery: 05.05.2025r.
Wymiary: 130x210mm
Okładka ze skrzydełkami
Ilość stron: 576
ISBN: 978-83-8373-648-8
Wydawca: Novae Res
Moja ocena: 4/6


piątek, 20 czerwca 2025

[112/25] - 1825. - "Słowiańska krew" - Tom II


"Słowiańska krew"
Seria: Słowiańska saga
Tom drugi
Anna Krzysteczko

„Miłowanie jest jako ten kwiat – uschnie, 
jeśli go nie podlewać.”

Są opowieści, które nie tylko się czyta, ale których się chętnie słucha, mając wrażenie, jakby ktoś opowiadał je przy ogniu, w długą zimową noc. Taka właśnie jest „Słowiańska krew”, druga część historii o Żywce, Samborze i cienkiej granicy między rzeczywistością a światem niewidzialnym

Bez zbędnych wstępów fabuła zabiera nas ponownie do XIII wieku na Żywiecczyznę, gdy akurat panuje sroga zima, która wystawia ludzi na ciężkie próby. Tam, gdzie śnieg okrywa pola Żywiecczyzny, a wiatr niesie szept dawnych historii, rodzi się opowieść o uczuciach silniejszych niż mrok lasu i o ludziach naznaczonych przeznaczeniem.


Akcja tej części zaczyna się bowiem w styczniu roku pańskiego tysiąc dwieście dziewięćdziesiątego, a więc pięć lat po wydarzeniach w pierwszym tomie pt.: „Słowiańskie serce.” To czas rozbicia dzielnicowego, które trwa od 1138 roku i wciąż jest w kraju niespokojnie. Toczą się właśnie zacięte walki między księciem Władysławem Łokietkiem a Henrykiem IV Probusem o tron krakowski, ale nie jest to tematem tej powieści.

Z dala od wielkiej polityki toczy się życie zwykłych ludzi, takich jak Żywka i Sambor Żywieccy, nadal mieszkają w Zabłociu, niedaleko Żywca, pośród gór i lasów ze swoimi dziećmi.

Czasami zdarza się, że Żywka musi sama sobie radzić w domu, bo jej mąż udziela się w miejscowym przytułku, by pomagać chorym wrócić do zdrowia. Tego dnia, gdy ją spotykamy, jest właśnie taka sytuacja. W pewnym momencie jakiś nieznajomy mężczyzna dobija się do drzwi jej chaty. Niewiele myśląc, kobieta chwyta za kuszę, gotowa bronić siebie i dzieci. To spotkanie okazuje się być nieprzypadkowe, gdyż wkrótce losy tajemniczego napastnika splatają się z życiem Żywki i Sambora wystawiając ich wartości i uczucia na próbę.


Drugi tom „Słowiańskiej sagi” nie zawodzi, gdy wracamy do Żywki i Sambora, do świata, gdzie słowiańskie wierzenia przeplatają się z codziennością. Anna Krzysteczko ponownie udowadnia, że potrafi snuć opowieść tak, jak niegdyś robili to najlepsi bajarze i po raz drugi urzekła mnie swoją opowieścią. Styl autorki przywodzi na myśl dawne podania snute przy cieple paleniska przez wędrownego gawędziarza. Jest w nich prostota, ale i głębia, oraz realność świata, który splata się z tym niewidzialnym, dającym o sobie znać w różnych formach. Niektóre z tych sił żyją nadal w pamięci ludzi, którzy przechowują dawne wierzenia jak żar pod popiołem. Inne objawiają się tylko tym, którzy pragną dostrzec niezwykłość w otaczającej ludzi naturze, w najcichszym szmerze puszczy, w śladzie wilka na śniegu, w nagłym błysku zrozumienia, czy szumie drzew. To właśnie wobec tej pierwotnej, dzikiej duchowości nowa wiara często staje w opozycji. Jest chłodna, pełna dogmatów, nieufna wobec tego, czego nie sposób zmierzyć ani zamknąć w sakramentach i dostrzec gołym okiem, czy objąć rozumem. Przedstawicielem tej części społeczności jest Sambor, który nie zawsze postępuje właściwie. Ma w sobie cechy, które czasami wyłaniają się w niektórych sytuacjach. Mając za sobą przeszłość związaną z kościołem, uosabia ten świat porządku i powinności, jednak nie potrafi uleczyć własnego serca z ran przeszłości. Z oddaniem pomaga chorym w niedalekim przytułku, ale wobec dawnych wrogów, a nawet przyjaciół, którzy go zawiedli, pozostaje surowy i nieprzejednany. Nie ma w jego sercu dla nich miłosierdzia. Podobnie jest z jego spojrzeniem na dawne rytuały i przekonania, jakie wciąż są w umysłach społeczności, z jego żoną włącznie. Nie rozumie, że nie wszystko da się wyprzeć z duszy, nawet jeśli ktoś przez lata próbował ją okiełznać modlitwą i nakazami. Wyraźnie widać, że mimo upływu trzech wieków od słynnego chrztu Mieszka I, wciąż żywe jest duchowe dziedzictwo przodków, szept pradawnych bogów i ślady dawnych rytuałów.


Tę stronę reprezentuje Żywka, która stara się żyć według nakazów katolickiej wiary, ale w sercu wciąż ma to coś, czego nie da się zetrzeć modlitwą ani święconą wodą: ciepłą obecność starej wiary, zakorzenionej głębiej niż słowa. To ona potrafi wybaczać, nieść pomoc, stanąć po stronie słabszych i krzywdzonych. Jest kobietą nieprzystającą do swoich czasów. Nie jest pokorna, grzeczna, zajęta tylko domowymi obowiązkami, lecz też nieustępująca w walce o siebie, rodzinę, broniąc swego honoru, nie dając sobą rządzić, wykazując się odwagą. Za swoim mężem i dziećmi jest gotowa pójść w ogień i nadstawiać swoje życie za ich bezpieczeństwo.

Mimo to razem tworzą parę, których nie omijają nieporozumienia, niesprawiedliwość, kłótnie i problemy, ale zawsze wszelkie niesnaski zwycięża miłość. Jednak, to nie tylko wiara sama w sobie jest źródłem największego bólu, lecz ludzie. Ci, którzy najgłośniej mówią o boskich nakazach, potrafią być najbardziej zawistni, okrutni i bezlitośni wobec tych, którzy nie mieszczą się w ich ciasnym obrazie świata. Żywka doświadczyła tego na własnej skórze: plotek, oszczerstw, złośliwości podszytej pozorną pobożnością. Ma w sobie siłę wyrozumiałości, współczucia i przebaczenia, które nie domaga się poklasku, lecz buduje mosty tam, gdzie inni wznoszą mury.

„Słowiańska krew” to opowieść, w której historia splata się z dawnymi wierzeniami i codziennym życiem bohaterów. To historia o namiętnościach, moralnych rozterkach i cienkiej granicy oddzielającej świat realny od tego, co magiczne i niepojęte. Autorka nie robi nic na siłę, a jej słowa płyną wraz z kolejnymi wydarzeniami, w które zgrabnie wplecione zostały słowiańskie wierzenia, które dodają całości magicznej i mistycznej oprawy.

Z niecierpliwością wyczekuję trzeciej odsłony tej niezwykłej sagi, bo przecież nie wszystko zostało jeszcze powiedziane. Wciąż nie wiadomo, co się stało z niektórymi osobami i jak dalej potoczą się losy rodziny Żywieckich po tym, co wydarzyło się w ostatnich akapitach książki „Słowiańska krew.” Mam nadzieję, że kolejna opowieść raz jeszcze otworzy przed nami te drzwi, za którymi czeka magia, człowieczeństwo i pulsująca w tle pamięć dawnych bogów.

Recenzja tomu I "Słowiańskie serce"

Książkę przeczytałam w ramach współpracy z autorką



Wydanie: I
Data premiery: 28.05.2025r.
Liczba stron: 336
Wymiary: 200 x 145 mm
Okładka: miękka
ISBN 978-83-68302-29-5
Wydawnictwo: Szara Godzina
Moja ocena: 6/6
                          
a w tak zapakowanej paczce, poza książką znalazłam to:

czwartek, 19 czerwca 2025

[111/25] - 1824. - „Test” - TOM I


„Test”
Tom pierwszy
Samuel Milewski, Jolanta Holzer

Na początku był Chaos. 
Jak na Chaos przystało, był ciemny i gęsty.”

Niektóre książki otwierają się przed czytelnikiem od razu – pozwalają się pochłonąć, wciągają swoją historią i emocjami. Są jednak i takie, które wymagają cierpliwości, skupienia oraz gotowości do mozolnego odkrywania sensu. Powieść pt.: „Test” zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. Z opisu spodziewałam się poruszającej, realistycznej opowieści o młodych ludziach zmagających się z trudnościami, ale podanej w bardziej przystępnej formie.

Poznajemy czwórkę przyjaciół: Dagmarę, Samuela nazywanego Kubą, Szymona i Ryfkę. Każdy z nich ma swoje dylematy, o których opowiada nam w osobnych sekwencjach narracyjnych. Ich wynurzenia są pełne szczerości na swój temat, rozważań o życiu, jego sensie, dotychczasowych przeżyciach i ludziach, którzy ich otaczają.


Już od pierwszych stron trudno mi było zanurzyć się w fabule i połączyć ze sobą te fragmentaryczne sceny. Narracja została podzielona pomiędzy kilka osób, ale zamiast imion otrzymałam jedynie symbole – graficzne znaki mające obrazować ich zainteresowania lub problemy. Nie ma ich imion, nie ma wyraźnych przejść, więc treść, mimo że jest poprawna i płynna, to jednak mało czytelna, więc trudno było mi się zorientować, kto mówi, kiedy i o czym. To wyjaśnia się później, ale zabrakło mi tego elementu od razu.

Poza tym poszczególne scenki są jakby oderwane od siebie i właściwie trzeba by je czytać według znaków. W wypowiedziach nie padają imiona narratorów, więc dopiero z czasem rozgryzłam, kto pod jakim symbolem się skrywa. Moja rada: dobrze sobie to wynotować na kartce, by się nie pogubić.

Doceniam odwagę twórców i ich ambicję stworzenia czegoś nieszablonowego. Bez wątpienia mają talent, a sama książka ma wymiar bardziej poetycki czy filozoficzny niż fabularny. Miałam poczucie, że autorzy mieli ambitny zamysł i chcieli stworzyć coś nowatorskiego, innego i to im się udało. Ich styl jest wyjątkowy, a pomysł na literacki eksperyment odważny. To jak oglądanie spektaklu zza kurtyny – niby wszystko się dzieje tuż obok, ale emocje jakoś nie docierają i trudne są do zdefiniowania. Zamiast więzi z bohaterami czułam jedynie narastające zmęczenie formą, która ciągle odciągała moją uwagę od treści. Byłam bardziej skupiona na odszyfrowywaniu, niż na przeżywaniu – analizując, interpretując, próbując zbudować z rozsypanych puzzli spójną całość. Z mojej perspektywy ten literacki eksperyment pozostawił więcej frustracji niż zachwytu.


Czy zatem było warto przeczytać „Test”? To zależy, czego się oczekuje od książki, którą chcemy poznać. Trudno powiedzieć jednoznacznie. Na pewno nie była to lektura łatwa ani lekka. Wymagała ode mnie znacznie więcej uwagi, niż się spodziewałam, a satysfakcja z jej ukończenia przyszła dopiero wtedy, gdy udało mi się jako tako rozgryźć konstrukcję i powiązania między bohaterami. Uważam, że historia zawarta w tej powieści zawiera ogromny potencjał, ale on gdzieś ginie w sposobie opowiadania o tym, co dzieje się u poszczególnych osób. Są to młodzi ludzie zmagający się z różnymi traumami, dylematami, wątpliwościami, ale też z różnymi reakcjami otoczenia. Oddają one polskie realia, w których niektóre z postaw są nieakceptowane, spychane na margines przez środowisko. Poruszany jest szeroki aspekt zagadnień współczesnego świata związanego dorastaniem, określaniem swojej tożsamości, dążeniem do poczucia szczęście i szukaniem miłości, ale też alkoholizmem, utratą dziecka, homoseksualizmem i akceptacją inności. Jest to zatem wartościowa lektura, ale podana w zbyt zagmatwanej formie.

Nie znalazłam innych powieści pani Jolanty Holzer i Samuela Milewskiego wcześniejszych, więc wnioskuję, że to ich wspólny debiut. Powieść ma charakter bardziej poetycki, liryczny, filozoficzny niż beletrystyczny. Trzeba zatem przygotować się na lekturę, przy której czas płynie wolniej i wymagana jest uważność, bo łatwo można pogubić się w jej wielowątkowości i mnogości słów i wydarzeń.

Recenzja tomu II "Takie samo światło"

Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem 

Wydanie: I
Data premiery: 27.04. 2018
Wymiary: 130x210mm
Okładka ze skrzydełkami
Ilość stron: 432
ISBN: 978-83-8083-893-2
Wydawca: Novae Res
Moja ocena: 3/6