niedziela, 31 sierpnia 2025

[148/25] - 1861.: „Paper Birds”


„Paper Birds”
Natalia Kulpińska

„miłość nigdy nie jest grzechem, 
jeśli pochodzi prosto z serca i jest szczera”

Wśród nas żyją ludzie, którzy nie wpisują się w standardowe ramy społeczne. Są bardziej wrażliwi, bardziej wyraziści, po prostu inni. I tacy ludzie zbyt często spotykają się z niezrozumieniem, dystansem, a nawet odrzuceniem tylko dlatego, że nie zachowują się tak, jak osoby z ich otoczenia. Powieść „Paper Birds” to właśnie taka historia – o bohaterach, którzy najlepiej czują się sami ze sobą, ale każde z nich radzi sobie z tym zupełnie odmiennie. To nie tylko historia o jednostkach, które próbują odnaleźć swoje miejsce — to także gorzka refleksja nad tym, jak bardzo boimy się tego, co inne. 


Poznajemy Lilly u progu życiowej zmiany, której szczerze nie znosi — ale wie, że jest konieczna, by spełnić marzenie: zostać najlepszym pediatrą w Cambridge, a może i w całym kraju. Nowe środowisko, nieznajomi ludzie, opuszczenie bezpiecznego domu — wszystko to ją przeraża. Najlepiej czuje się z książką w ręku, wśród przyjaciół, którzy niestety wyjechali na studia. Mimo lęku przed tym, co czeka ją na Harvardzie, nie zamierza się poddać. Wie, że musi wyjść poza swoją strefę komfortu. Jedno jest dla niej pewne – zawsze może liczyć na wsparcie Tristana – sąsiada i przyjaciela od zawsze.

Tristan to typ buntownika z łobuzerskim charakterem. Żyje na własnych warunkach i jest po prostu sobą. Nie udaje nikogo, nie stara się na siłę komukolwiek przypodobać, mimo, że jego sposób bycia nie przez wszystkich jest akceptowany. To dla niego nie ma znaczenia nie przejmuje się tego rodzaju opiniami. Z zewnątrz mrukliwy, krnąbrny, mało towarzyski, więc wielu uważa go za dziwaka i gbura.

Lilly wie, że on jest inny i jako jedyna zna jego prawdziwe oblicze. Na szczęście ma wspaniałych rodziców, którzy przychylnie obserwują relacje, jaka łączy ich córkę z chłopakiem z sąsiedztwa. Przecież nikt, kto nie ma romantycznej duszy, nie zostawiałby każdego dnia własnoręcznie wykonanych ptaków złożonych techniką orgiami. A takie dziewczyna znajduje od kilku lat na swoim parapecie. Każdy z nich umieszcza w pudełku, nie mając świadomości, że nie są to tylko papierowe akcenty witające z nią kolejne poranki, lecz skrywające pod swoimi skrzydełkami sekrety.


Autorka stworzyła bardzo ciekawe osobowości. On jest ujmujący i uroczy w swoim postępowaniu wobec Lilly, jako przyjaciel, z którym nawet cisza jest piękna. Ona - docenia jego przyjaźń i zawsze postrzegała go jak brata, niż jak obiekt głębszych uczuć. On zresztą podobnie. Dopiero pójście Lilly na studia, zmiana środowiska, podejmowanie przez nią złych wyborów pokazuje, co ich naprawdę łączy.

Lilly to postać, która wzbudza sympatię, mimo że nie popierałam wszystkich jej wyborów — szczególnie tych, które były sprzeczne z tym, co naprawdę czuła i myślała. Ujmuje naturalnością, szczerością i swoją odmiennością, przez otoczenie postrzegana jako zbyt cicha, zbyt zamknięta, po prostu inna i dziwna. Jej zachowanie bardziej mnie złościło niż irytowało, gdy próbowała dopasować się do studenckiego życia i otoczenia. Chcąc przypodobać się nowym znajomym, zaczęła postępować wbrew sobie, gubiąc po drodze własne wartości. Zbyt późno dostrzega, że pod iluzją przyjaznych gestów kryje się nieszczerość i podłość. Nie zdawała sobie sprawy, że nieświadomie raniła Tristana — jedyną osobę, która trwała przy niej bezwarunkowo, nie przekraczając nigdy granicy przyjaźni.

W końcu została wykreowana bohaterka, która nie ciska gromami, nie złości się z byle powodu, jak to często bywa w romansach. Nie jest idealna — i właśnie dzięki temu jest tak bliska. Popełnia błędy, błądzi, ale dojrzewa. To właśnie błędy — te drobne i te poważniejsze — stają się katalizatorem jej przemiany. Jej decyzje, choć często nieprzemyślane, prowadzą ją do momentu, w którym musi spojrzeć w lustro i zadać sobie pytanie, czego tak naprawdę pragnie.

Relacja między bohaterami rozwija się w sposób naturalny, bez sztucznego dramatyzmu. Autorka nie moralizuje, nie ocenia, lecz subtelnie pokazuje, że dojrzewanie to proces pełen potknięć, rozczarowań, ale też odkryć. Lilly uczy się, że nie wszystko da się zaplanować, a serce czasem wybiera inaczej niż rozum. Tristan z kolei pokazuje, że miłość może być cicha, cierpliwa i pełna szacunku — nie musi krzyczeć, by być prawdziwa.


Powieść „Paper birds” ujęła mnie swoim romantycznym wątkiem z papierowymi ptakami zrobionymi techniką origami. To piękna, subtelna opowieść, która zostawia w sercu ślad. Wspaniale mi się ją czytało. Jej siła tkwi w prostocie przekazu, dramatyzmie, niewypowiedzianych słowach oraz w błędach, które nie są porażką, lecz drogowskazem. Uczy, że warto dać sobie i innym przestrzeń na błędy, bo to właśnie z nich rodzi się prawdziwe zrozumienie i dojrzałość.

To moja druga książka pani Natalii Kulpińskiej, którą miałam okazję przeczytać i ponownie jestem urzeczona historią, jaka wyszła spod jej „pióra”. Jej styl jest lekki, bez zbędnego rozwlekania i zbędnych wypełniaczy stron. Wszystko to, dzięki umiejętności ubierania w odpowiednio dobrane słowa, dzięki którym wyraźnie można poczuć wszelkie emocje: od bólu, wewnętrznego cierpienia, frustrację, niepewność, lęk o drugą osobę, aż po poczucie szczęścia i uwielbienia. Każda reakcja, emocja i każde uczucie nakreślone wyraziście i plastycznie Potrafi jednym zdaniem oddać całą gamę uczuć, a jej dialogi brzmią prawdziwie. Szczególnie poruszające są sceny, w których cisza mówi więcej niż słowa — to w nich kryje się najwięcej znaczeń. Udowadnia też, że można pięknie pisać o miłości bez nadmiaru scen erotycznych, które oczywiście są tutaj także, ale nie przytłaczają fabuły.


Historia Tristana i Lilly pokazuje, że dostrzeżenie siebie inaczej, niż dotychczas, nie zawsze jest spektakularne — czasem trzeba wstrząsu, by uświadomić sobie co tak naprawdę czujemy. To poruszająca historia o dojrzewaniu miłości, ale też o tym, że błędy są wpisane w nasze życie i często to właśnie one pokazują nam, kim jesteśmy, czego pragniemy i co naprawdę ma dla nas znaczenie. Uświadamia, że każdy je popełnia — są nieodłącznym elementem naszej drogi. To one uczą nas pokory, otwierają oczy na to, czego wcześniej nie dostrzegaliśmy, i stają się katalizatorem zmian, zarzewiem nowego spojrzenia na siebie i innych.

Jedynym moim zastrzeżeniem to tytuł w języku angielskim, ale przy tak romantycznej opowieści nie ma to szczególnego znaczenia. Mimo to, nie wpływa to na odbiór książki, która broni się treścią — pełną delikatności, autentyczności i emocji. Pani Natalia Kulpińska stworzyła opowieść, która nie potrzebuje dramatycznych zwrotów akcji, by poruszyć. Jej siła tkwi w zwyczajności, w cichych gestach, w błędach, które prowadzą do odkryć. Uczy, że dojrzewanie to nie tylko droga do celu, ale też proces zrozumienia siebie i innych.


Książkę przeczytałam w ramach współpracy recenzenckiej
z wydawnictwem


Wydanie: I
Data premiery: 27.08.2025r.
Ilość stron: 276
Wymiary: 205 x 145 mm
Okładka: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-8290-812-1
Wydawnictwo: WasPos
Moja ocena: 6/6


piątek, 29 sierpnia 2025

[147/25] - 1860.: „Ogrodniczka znad leśnego jeziora” - Tom I


„Ogrodniczka znad leśnego jeziora”
Tom pierwszy
Aleksandra Rupińska

„Najpiękniejsze kwiaty potrafią stać się chwastami, kiedy nieodpowiednio się o nie dba.”

Powyższy cytat doskonale pasuje do tego, co dzieje się na kartach książki „Ogrodniczka znad leśnego jeziora”. Nie jest jednak poradnik o uprawianiu kwiatów, lecz ujmująca ekspresyjna historia o miłości, w którym ogród jest jej cichym bohaterem.

Oliwia od zawsze słyszała, że jest silna i może wszystko — dziś spełnia się zawodowo jako architektka krajobrazu w warszawskiej firmie, prowadząc oddział po fuzji z konkurencją. Jej życie wydaje się stabilne: narzeczony, przyjaciele, zawodowy sukces. Wszystko jednak rozpada się, gdy Marcel niespodziewanie zrywa zaręczyny. Oliwia, zdeterminowana, by go odzyskać, ignoruje fakt, że planuje on ślub z inną kobietą. Kieruje nią nie tylko uczucie, ale i obietnica złożona samej sobie — że nigdy nie pozwoli odejść komuś, kogo pokocha.

Powrót do rodzinnego Osadowa staje się punktem zwrotnym. Tam spotyka Dominika — swoją pierwszą miłość, która mimo upływu lat wciąż ją kocha. Spokojny, czuły, nienarzucający się, stanowi wyraźny kontrast wobec jej emocjonalnego chaosu. Choć narracja prowadzona jest wyłącznie z perspektywy Oliwii, subtelność w kreacji Dominika pozwala czytelnikowi samodzielnie odczytywać jego uczucia.


Po debiutanckiej dylogii  „Jedna dobra rzecz” i „Jedna dobra chwila” którą przeczytałam 3 lata temu, byłam bardzo ciekawa, jak autorka rozwinęła się literacko — i muszę przyznać, że „Ogrodniczka znad leśnego jeziora” spełniła moje oczekiwania, a nawet je  przeskoczyła, a to za sprawą wielu złożonych emocji i subtelnych portretów psychologicznych, jakie można dostrzec w jej najnowszej powieści. Nie jest to jednak powieść psychologiczna, a romans z elementami obyczajowymi, ubrana w kilkuwątkową sieć złożoną z uczuć, poczucia zawodu, pogoni za mrzonkami i relacji rodzinnych. 

Pani Aleksandra Rupińska nie tworzy bohaterki idealnej, lecz prawdziwą, złożoną, pełną sprzeczności. Narracja prowadzona jest wyłącznie z perspektywy Oliwii, więc nie mamy bezpośredniego wglądu w myśli Dominika. Zabrakło mi narracji z dwóch perspektyw, która pozwoliłaby lepiej zrozumieć jego emocje, ale  autorka tak subtelnie kreśli jego postać, że z łatwością można się domyślić, co on czuje i jak reaguje na wydarzenia.  Z drugiej strony, obserwując wszystko oczami Oliwii,  możemy wyciągać własne wnioski. Często nie popierałam jej decyzji, zwłaszcza gdy na siłę próbuje odzyskać Marcela chcąc zapobiec ceremonii ślubnej. 

Jednym z mocnych atutów powieści jest sposób, w jaki autorka buduje postacie drugoplanowe, które dopełniają tę historię. Zuza, najbliższa przyjaciółka Oliwii, to postać, która wnosi do historii humor i urozmaicenie swoimi perypetiami, mimo że nie zawsze o wszystkim chce z Oliwią rozmawiać. Jest lojalna, szczera, czasem bezkompromisowa, ale zawsze pomocna. Mam nadzieję, że drugi tom bardziej odsłoni tę bohaterkę, bo jej historia nie osiągnęła w tej części finałowych rozstrzygnięć.

Ojciec Oliwii to kolejna postaci, która zasługuje na uwagę. Przez lata odsunięty przez córkę, okazuje się być tym, który rozumie ją najlepiej. W przeciwieństwie do matki — chłodnej, wymagającej, egoistycznej, oferuje akceptację, ciepło, wsparcie i mądrą obecność.


Pani Aleksandra Rupińska  potrafi pisać o miłości tak, że nie brzmi to banalnie. Nakreśla wydarzenia i przeżycia z wyczuciem, ale bez zbędnego rozpisywania się. Jej styl naznaczony jest dramatyzmem ukazującym stan mentalny bohaterki, a to pozwala czytelnikowi wejść głęboko w świat bohaterki. Dzięki precyzyjnemu językowi, odpowiedniemu doborowi słówi emocjonalnej wrażliwości potrafi oddać wewnętrzne przeżycia bohaterów tak, że niemal intuicyjnie odczuwamy ich wahania, tęsknoty i chwile zwątpienia. Emocje są wyraźne, świetnie nakreślone, przekazane bardzo naturalnie i realistycznie. Autorka nie boi się pokazać słabości swoich bohaterów, ich błędów, ich ślepoty i determinacji. Oliwia jest pełna sprzeczności, nie raz zachowująca się jak dziecko, któremu odebrano ulubioną zabawkę. W tej wersji nie wzbudzała mojej sympatii, gdyż posługiwała się manipulacją, perfidnym zachowaniem i obsesyjnym gonieniem za tym, co straciła. Przekonuje się, że czasem warto przestać walczyć, by zacząć żyć a powroty do miejsc, które kiedyś opuściła mogą pomóc zrozumieć, kim naprawdę jest i co jest dla niej ważne. Tłem są pasje, jakie fascynują bohaterów: Oliwia uwielbia ogrodnictwo, a Dominik robi rewelacyjne, urokliwe zdjęcia. Ten motyw dodaje fabule romantyczności, piękna i klimatu.

„Ogrodniczka znad leśnego jeziora” to opowieść o kobiecie, która musi zrozumieć, że nie wszystko da się odzyskać i nie można nikogo zmusić do miłości. Bohaterce kilka lat, zajęło dostrzeżenie, czego naprawdę pragnie i kogo. Z wyczuciem i literacką elegancją przedstawia historię uczucia, które przez lata pozostawało w ukryciu, by w odpowiednim momencie ujawnić swoją siłę. Dzięki temu postacie stają się autentyczne — nawet jeśli nie zawsze budzą sympatię.

Ta powieść jest niczym ogród, w który mieni się wieloma zachwycającymi barwami, który coraz bardziej odkrywa nam swoje sekrety, gdy coraz bardziej się w niego wgłębiamy. Wypełnia ją subtelna, emocjonalna energia zaglądając w głąb kobiecego serca, w której przeszłość splata się z teraźniejszością, a miłość — ta dawna i ta niedokończona — staje się siłą napędową zmian. Autorka zwraca w niej uwagę na to, że czasami miłość potrzebuje czasu, by dojrzeć, niczym kwiaty w ogrodzie, które ukazują swoje piękno, jeżeli należycie o nie dbamy, usuwają chwasty przeszkadzające w ich rozwoju.


Książkę przeczytałam, dzięki współpracy z wydawnictwem


Wydanie: I
Data premiery: 23.07.2025r.
Ilość stron: 294
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Wymiary: 143x205 mm
ISBN: 978-83-8290-807-7
Wydawnictwo: WasPos
Moja ocena: 6/6

czwartek, 28 sierpnia 2025

[146/25] - 1859.: "Jeszcze sześć takich czerwców"


"Jeszcze sześć takich czerwców"
Daisy Garrison

„Nie możemy mieć wszystkiego, czego chcemy”

Czasy szkolne wielu z nas wspomina z nostalgią. Wówczas inaczej postrzegaliśmy rzeczywistość — drobne niedogodności urastały do rangi ogromnych problemów, a codzienność była pełna emocji znanych każdemu, kto choć raz zgubił się w szkolnym labiryncie relacji, ambicji i dorastania. To momenty, gdy świat wydawał się prostszy, choć emocje były intensywne, a drobne dramaty urastały do rangi życiowych kryzysów. To właśnie ten sentymentalny powrót do szkolnych murów staje się punktem wyjścia dla historii zawartej w książce „Jeszcze sześć takich czerwców”, która z czułością, ale i nutą refleksji, przywołuje młodzieńcze lata.

Akcja toczy się w ostatnim roku liceum — czasie matur, pożegnań i decyzji, które mają zaważyć na przyszłości. Narracja prowadzona jest z perspektywy Miny i Caplana, którzy przyjaźnią się odkąd skończyli osiem lat. Mina Stern to prymuska, która po śmierci ojca zamknęła się w sobie i woli spędzać czas z książką lub w bibliotece, niż z kolegami i koleżankami z klasy.

Caplan Lewis — jej sąsiad i przyjaciel z klasy — dostrzega w niej pokrewną duszę. Choć sam jest lubiany, towarzyski i pełen humoru, skrywa własne sekrety i traumy. To właśnie ta wspólna wrażliwość sprawia, że ich przyjaźń jest tak silna i autentyczna. Wiedzą o sobie niemal wszystko i spędzają ze sobą mnóstwo czasu. Są dla siebie jak brat i siostra. To zmienia się, gdy najlepszy przyjaciel Caplana - Quinn niespodziewanie wyznaje Minie swoje uczucia zaprasza ją na bal. Ona natomiast zostaje wciągnięta w wir szkolnego życia towarzyskiego, którego wcześniej unikała. Nagle musi zmierzyć się z uwagą rówieśników, konfrontacją z popularnymi uczniami, w tym z charyzmatyczną i dominującą „królową pszczół” z otoczenia Caplana. Dla Miny to nie tylko nowe doświadczenie, ale też emocjonalna próba — otwarcie się na relacje, które mogą zranić, ale też przynieść coś prawdziwego.

Caplan, przywiązany do ich dotychczasowej przyjaźni, próbuje zatrzymać to, co znane, nie dostrzegając, że zmiana jest nieunikniona. Dostrzega swojej przyjaciółce coś więcej niż tylko bratnią duszę, mimo że wciąż łączy go związek z Hollis. Ta dziewczyna początkowo należała do tych, które dokuczały Minie, ale z czasem jej postawa się zmienia i staje się jedną z sympatyczniejszych postaci w tej powieści.


Pani Daisy Garrison tym tytułem zadebiutowała rok temu na amerykańskim rynku wydawniczym, a w tym roku książka zaznaczyła swoją obecność u polskich czytelników. Autorka jest młodą osobą, więc z pewnością bliżej jej do obyczajów współczesnej młodzieży, więc jej obserwacje tej grupy społecznej wydaje się wiarygodne. Życie bohaterów książki toczy się w rytmie przygotowań do egzaminu dojrzałości, balu na zakończenie roku szkolnego i projektu będącego zwieńczeniem lat nauki oraz związanych z nimi znajomości i przyjaźni. Pozytywne w niej jest to, że nie ma w niej tylko pary głównych postaci, mimo że to z ich perspektywy poznajemy wydarzenia. Poza nimi poznajemy grupę młodych ludzi, których łączy ta sama szkoła i klasa – ostatnia klasa liceum. Przed nimi trudne wybory, które wpłyną na ich dorosłe życie.

„Jeszcze sześć takich czerwców” to nie tylko romantyczna opowieść o dorastaniu, ale też subtelna analiza przyjaźni, tożsamości i pragnień, spleciona z tematami, które rzadko pojawiają się w młodzieżowej literaturze w tak wyważony sposób. Pani Garrison kreśli wyrazisty, czasem kontrowersyjny, portret młodzieży skłaniając do subtelnej analizy mechanizmów społecznych, które kształtują nas w młodym wieku. Nie epatuje przy tym zbyt mocno cierpieniem, lecz pokazuje, jak głęboko wpływa ono na sposób, w jaki młodzi ludzie postrzegają siebie i innych. Jej bohaterowie nie są idealni, nie zawsze podejmują dobre decyzje, ale właśnie dzięki temu są prawdziwi. To młodzież, która nie zawsze jest grzeczna i poukładana — i może właśnie dlatego tak bardzo przypomina współczesnych nastolatków. Nie unika też trudnych tematów, z jakimi muszą sobie radzić licealiści. Trauma, wykorzystanie seksualne, lęk przed bliskością, ból po stracie, rozpoznawanie swoich emocji i uczuć - to wszystko pojawia się w tle, ale nie dominuje.

Każdy rozdział odsłania kolejne warstwy emocji — od euforii pierwszych miłości po gorycz rozczarowań i nieporozumień. Relacje między postaciami — przyjaźnie, rywalizacje, zauroczenia — są przedstawione z dużą wrażliwością i psychologiczną głębią. Autorka posługuje się językiem prostym, lecz pełnym emocji i trafnych obserwacji. Jednak warto zaznaczyć, że niektóre fragmenty — zwłaszcza w początkowych rozdziałach — bywają zbyt rozbudowane, co daje wrażenie znużenia. Bohaterowie długo opowiadają o sobie, o początkach przyjaźni, o problemach, co chwilami rozciąga tekst i rozmywa główny temat.


„Jeszcze sześć takich czerwców” to książka, zaskakuje swoją dojrzałością. Choć wpisuje się w nurt literatury młodzieżowej, nie boi się wyjść poza schemat. Książka – pełna emocji, autentyczności i nieoczywistej czułości skierowana jest do młodzieży, chociaż zaznaczają się zagadnienia, które dla nich nie zawsze powinny być lekko traktowane, takie jak seks czy sięganie po używki i posługiwanie się wulgarnym językiem. Czy taka jest współczesna młodzież? Być może tak, ale z tego względu jest to powieść bliska prawdy, gdyż młodzi dorośli są różnorodni, z wieloma odcieniami osobowości i postawami. I to doskonale zostało w tej historii nakreślone. Pani Daisy Garrison ujęła to wszystko w swojej książce, tworząc opowieść o dorastaniu, która nie tylko wzrusza, ale też skłania do refleksji. 

To historia o tym, że najważniejsze decyzje nie zawsze podejmujemy świadomie — czasem są efektem emocji, które dopiero uczymy się rozumieć. Pokazuje, że dorastanie to nie tylko nauka, ale przede wszystkim emocje — często trudne, czasem bolesne, ale zawsze prawdziwe. I pozostawia nutkę nostalgii za minionym czasem szkolnym.

Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem 

Wydanie: I
Data premiery: 24. 06.2025 r.
Premiera amerykańska: 11 czerwca 2024 r.
Ilość stron: 320
Wymiary: 140x205 mm
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Tytuł oryginalny: Six More Months of June
Tłumaczenie: Aleksandra Weksej
ISBN 978-83-8335-597-9
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Moja ocena: 5/6


środa, 27 sierpnia 2025

[145/25] - 1858.: 30 znaków z zaświatów"


"30 znaków z zaświatów"
Jak rozpoznawać i odczytywać wiadomości od bliskich, 
którzy odeszli
Melissa St. Hilaire

„Większość z nas przez całe życie nie zdaje sobie sprawy, 
że wciąż otrzymuje duchowe znaki.”

Nasze realne życie jest złożone nie tylko z tego, co widzimy, czego możemy dotknąć fizycznie, lecz też z tego, co niewidzialne. Tymczasem istnieje również wymiar niewidzialny, subtelny, który przenika naszą codzienność i często próbuje się z nami komunikować. Nie chodzi tu o spektakularne zjawiska, lecz o codzienne drobiazgi — pojawiające się przedmioty, niespodziewane odczucia, obecność zwierząt w nietypowych momentach. Zazwyczaj ignorujemy te sygnały, uznając je za przypadek lub wytwór wyobraźni. To właśnie te drobne zdarzenia, często ignorowane, mogą być formą kontaktu ze światem duchowym, który w ten sposób wysyła nam wskazówki, pomocne informacje, udziela odpowiedzi na nasze pytania, więc dobrze jest umieć je rozszyfrować, by zrozumieć przekaz, a w tym pomoże książka "30 znaków z zaświatów" napisana przez panią Melissę St. Hilaire, która od wielu lat pomaga ludziom nawiązywać kontakt z tymi, którzy odeszli.


Z reguły boimy się duchów, niewyjaśnionych zjawisk i odczuć. Tymczasem pani Melissa Hilaire pokazuje, że nasze lęki są nieuzasadnione, gdyż dusze tych, którzy odeszli pragną nas wspierać w każdej sytuacji, która tego wymaga. Pozostawiają nam różne ślady swojej obecności i opieki.

W poradniku „30 znaków z zaświatów” autorka nie próbuje przekonywać nas na siłę, lecz raczej zachęca do otwartości. Prowadzi czytelnika przez trzy główne etapy: rozpoznawanie znaków, nawiązywanie kontaktu oraz interpretację otrzymywanych wiadomości. Dzieli się swoim wieloletnim doświadczeniem jako medium, oferując narzędzia i wskazówki, które mają pomóc w rozpoznawaniu subtelnych sygnałów od bliskich, którzy odeszli. 

W części pierwszej przedstawia sposoby komunikacji z Drugą Stroną, przybliża pojęcie energii duchowej, postrzeganie tego zjawiska w innych kulturach. Podpowiada jak otworzyć umysł na komunikację z zaświatami, w jaki sposób wzmocnić to połączenie ale też omawia sposoby kontaktu duchów z nami, pokazuje jak one wpływają na nasze życie. Przekazuje przy tym wiele wskazówek dotyczące przeprowadzenia seansu spirytystycznego, odbierania sygnałów i ich interpretowania.


Część druga jest bardziej praktyczna, chociaż zawiera także wiedzę teoretyczną, ale popartą konkretnymi przykładami wraz z interpretacją znaków. Autorka opisuje trzydzieści różnych form komunikacji ze światem duchowym — od zmian temperatury, przez wizje psychiczne, po obecność zwierząt czy zapachy. Uczy nas, jak przygotować się do komunikacji z duchami, jak ustalać intencje, korzystać z medytacji, seansów spirytystycznych, świec, kryształów czy pamiątek. Na końcu książki znajdują się strony do samodzielnego wypełnienia w formie „Dziennika znaków z zaświatów”, w którym można zapisywać własne doświadczeń, analizy i wnioski budując osobistą historię duchowych spotkań.




To publikacja, która może stać się towarzyszem w trudnych chwilach, inspiracją do duchowej eksploracji i narzędziem do budowania głębszego połączenia z tym, co niewidzialne. Zawarte w niej informacje i historie mogą stać się duchowym kompasem dla tych, którzy szukają kontaktu z bliskimi po drugiej stronie. 

Autorka pokazuje, że w świecie, który coraz częściej definiujemy przez to, co da się zmierzyć, udowodnić i zobaczyć gołym okiem, istnieje wymiar subtelny, który nadal nas otacza. To nie tylko przewodnik – to zaproszenie do głębszego zrozumienia siebie i świata, który wykracza poza fizyczność. Przede wszystkim pomaga inaczej spojrzeć na ten temat, pozbyć się wszelkich ograniczeń, blokujących nas przekonań i lęku przed niewidzialnym światem. Bardzo podobała mi się część dotycząca zwierząt, które są już po drugiej stronie tęczy i okazuje się, że mimo to wciąż są obok nas.

Styl pani Hilaire jest przystępny, prosty, pełen empatii i zrozumienia dla emocji, które towarzyszą stracie. Jej podejście nie epatuje ezoterycznym żargonem, lecz zachęca do otwartości i eksploracji. Potrafi przekazać złożone duchowe koncepcje w sposób zrozumiały dla każdego. To sprawia, że książka jest przystępna zarówno dla początkujących, jak i dla osób bardziej zaawansowanych w tematyce parapsychicznej. Oferuje czytelnikowi nie tylko wiedzę, ale też przestrzeń do osobistego rozwoju i refleksji.

„30 znaków z zaświatów” to książka, która może odmienić sposób, w jaki postrzegamy rzeczywistość i zaświaty. Pani Melissa Hilaire uświadamia, że śmierć nie jest końcem, lecz przejściem do innego wymiaru, z którego wciąż możemy otrzymywać miłość, wsparcie i odpowiedzi. Dzięki tej publikacji uczymy się, że nigdy nie jesteśmy sami – nawet jeśli obecność bliskich nie jest już fizyczna, ich energia nadal nas otacza i komunikuje się z nami na swój własny, subtelny sposób.

Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem 


Wydanie: I
Premiera: 13.08.2025r.
Premiera wersji oryginalnej: 07.05.2024r.
Ilość stron: 144
Wymiary: 145 x 205 mm
Oprawa: twarda
Tytuł oryginalny: 30 Real Signs from the Afterlife: Recognizing and Understanding Messages from Lost Loved Ones
Tłumaczenie: Karolina Bochenek
ISBN 978-83-8417-132-5
Wydawnictwo: Illuminatio
Moja ocena: 5/6


wtorek, 26 sierpnia 2025

[144/25] - 1857.: - "Cloven"


"Cloven"
Jedersafe

"Nie bój się zmian, one są potrzebne"

Wokół schizofrenii narosło wiele mitów, które niestety do dziś są powielane. Jednym z nich jest przekonanie, że schizofrenia powoduje rozdwojenie osobowości — mylone często z zaburzeniem dysocjacyjnym tożsamości. Tymczasem schizofrenia to choroba o zupełnie innym charakterze: pełna wewnętrznego chaosu, zniekształconego postrzegania rzeczywistości, trudności w komunikacji i funkcjonowaniu społecznym. Literatura rzadko podejmuje temat schizofrenii w sposób uczciwy, pozbawiony sensacyjności czy mitów. Tym bardziej warto docenić powieść „Cloven” autorstwa pani Jedersafe, która nie tylko mierzy się z tym trudnym tematem, ale robi to z empatią, subtelnością i głębokim zrozumieniem.


Elodie Wilson wraca do rodzinnego miasta po rocznym pobycie w Londynie. Gdy wyjeżdżała, nie spodziewała się, że pojawi się ponownie w Los Angeles jako narzeczona Justina Rootsa, który ma osobowość narcystyczną. Niestety – ona tego nie widzi. Natomiast zauważa to Maximilian Hackett - jej dawny sąsiad, przyjaciel i obiekt młodzieńczych westchnień. On do tej pory nie pogodził się z jej wyjazdem, tym bardziej, że wówczas ona zostawiła tylko krótką wiadomość i zniknęła. Nie potrafił tego zrozumieć, a jego choroba schizofrenia potęgowała tylko chaos w jego umyśle.

Teraz Eloise znowu mieszka w swoim dawnym domu, którego okna z jej pokoju są skierowane dokładnie w okna jego domu, więc Max znowu może ją obserwować, tak jak kiedyś.

Miałam już okazję poznać twórczość pani Jedersafe, śledząc jej rozwój od początku, czyli od debiutanckiej książki "Beginning Moon" , która rozpoczynała trylogię UNIWERSUM. Byłam zafascynowana napisaną w niej historią, więc z ciekawością sięgnęłam po jej najnowszą powieść. I nie zawiodłam się, bo ponownie autorka napisała opowieść pełną emocji i wydarzeń.

Dwa lata temu po raz pierwszy pani Jedersafe zaistniała na wydawniczym rynku pisząc pierwszy tom swojej debiutanckiej trylogii „Universe”, która składała się z powieści "Beginning Moon", "Flame Moon" i "Destiny Moon". Jej bohaterowie: Francessa i Dominic zaznaczają się też w „Cloven”, ale tylko, jako króciutki epizod poboczny i w nietypowej formie, ale nie o nich jest ta opowieść. Ich przeżycia były tak fascynujące, że po poznaniu całej ich historii pojawiła się u mnie cicha obawa o jakość kolejnych powieści autorki. Okazało się, że były one nieuzasadnione, bo autorka po raz kolejny udowadnia jej pisarstwo nie jest płytkie i słodkie, lecz głębokie, wielowarstwowe i płynne. Rewelacyjnie potrafi pisać o psychice, relacjach i emocjach w sposób, który porusza i zostaje z czytelnikiem na długo.


Nic więc dziwnego, że pani Jedersafe ponownie wciągnęła mnie w świat swoich bohaterów, ich stan umysłu i duszy. Zarówno Eloise, jak i Max są postaciami z krwi i kości — pełnymi sprzeczności, lęków, pragnień. Autorka nie boi się pokazać ich słabości, frustracji i wewnętrznych rozterek. Szczególnie poruszające jest ukazanie schizofrenii Maxa — nie jako sensacyjnego tła, lecz jako realnego wyzwania, z którym można żyć, funkcjonować i kochać. To spojrzenie pełne empatii i zrozumienia, które przełamuje stereotypy i daje nadzieję.

Fabuła toczy się spokojnie sukcesywnie odsłaniając przed nami kolejne sekrety i wydarzenia, także te z przeszłości. Akcja dzieje się zarówno obecnie, jak i kilka lat temu, zanim jeszcze Elodie wyjechała do Londynu.

Jednym z najmocniejszych punktów powieści jest sposób, w jaki autorka przedstawia schizofrenię. Nie jako etykietę, lecz jako realne doświadczenie, z którym można żyć, funkcjonować, kochać. Autorka umiejętnie gra na naszych uczuciach i emocjach powodując to, że dogłębnie wszystko odczuwamy. Pokazuje też tradycyjne podejście osób postronnych do tej choroby, gdy postrzegają taką osobę jako niezrównoważoną, niebezpieczną i szaloną.


Poznając Maxa coraz lepiej, widać, że nie jest „wariatem” — choć tak postrzegają go niektóre osoby z jego otoczenia. Tymczasem on doskonale radzi sobie ze swoim umysłem, który czasami przysparza kłopotów w postrzeganiu rzeczywistości. Jego wewnętrzne monologi, pełne lęku, tęsknoty i niepewności, są poruszające i autentyczne. Ważnym aspektem w tym wątku są sesje psychologiczne, w których uczestniczymy razem z nim. Pokazują one go takim, jaki jest, jak się czuje, o czym marzy, ale przede wszystkim dostrzegamy jego tok rozumowania i postępy, jakie robi. Jego rozmowa z psychoterapeutką jest poruszająca, wnikająca w jego duszę, a przez to działająca na nasze emocje. To młody człowiek, któremu pewnego dnia zawalił się świat, gdy usłyszał diagnozę. Stara się normalnie żyć, robić wszystko to, co jego rówieśnicy, ale nie zawsze jest to łatwe. Elodie nigdy go nie oceniała, razem spędzali dużo czasu, a gdy wyjechała nagle, bez słowa wyjaśnienia, on czuje się samotny, opuszczony i … zły.


Narracja jest zarówno z punktu widzenia Maxa, jak i Eloise, prowadzone w narracji pierwszoplanowej w czasie teraźniejszym. Moim jedynym zastrzeżeniem jest brak wyraźnego oznaczenia w poszczególnych rozdziałach, kto w danym momencie nam opowiada jakieś wydarzenie. Można się tego domyślić, gdy wnikamy w treść, ale nie od razu jest to wiadome. Podobnie było we wcześniejszej jej książce, i tu nic się nie zmieniło. Podobnie jak nadawanie tytułów rozdziałom, ale to akurat jest na plus.

Zarówno Elodie jak i Maximilian zwierzają się nam ze swoich frustracji, przeżyć, rozterek. Wgłębiamy się też w odmęty schizofrenii, która tutaj jest pokazana inaczej. Pokazuje nieco inne oblicze tej choroby, pokazując, że można z nią funkcjonować normalnie. Max jest wprawdzie schizofrenikiem, ale skutecznie z nią walczy uczęszczając na terapię. Jego stan został ukazany wiarygodnie i bez przesady. Elodie to osoba wrażliwa, dająca się lubić, ale niestety, daje sobą manipulować. Sympatię wzbudzają nie tylko główni bohaterowie, ale też osoby im towarzyszące, chociażby przyjaciel Maxa - Zane.



"Cloven" to powieść z oryginalnym pomysłem, nietypowym rozwojem sytuacji opowiadającej o miłości, której nie przeszkadza żadna choroba ani ograniczenia. To przede wszystkim opowieść o miłości, która nie boi się trudnych emocji, nie boi się choroby, przeszłości ani społecznych uprzedzeń. Pani Jedersafe napisała historię, mówiącą, że prawdziwe uczucie nie musi być idealne — wystarczy, że jest prawdziwe.

To jedna z lepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku, która pozostawia po sobie ogromną burzę emocjonalną. Porusza nie tylko sprawy związane ze schizofrenią, ale też wiele innych życiowych kwestii. Obok tego tematu wyłania się też toksyczna relacja, w jakiej tkwi Elodie, a tego ona nie dostrzega. Wykazuje typowe objawy ofiary człowieka, który ma narcystyczną osobowość i nawet na odległość wciąż kontroluje dziewczynę nie dając jej przestrzeni dla siebie samej.

Autorka pięknie i bardzo sugestywnie oddaje wszystko to, co czują bohaterowie, wszelkie rozterki, obawy, uczucia, które łączą dwie osoby. Nie jest to zatem książka o chorobie lecz o młodym człowieku, który z nią żyje i o dziewczynie, która nie tylko wraca do rodzinnego miasta, ale też opowiada o powrocie do siebie — i do kogoś, kto nigdy nie przestał czekać.

Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem 

Wydanie: I
Data premiery: 16.05.2025r.
Ilość stron: 420
Wymiary: 130x210 mm
Okładka: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-8373-737-9
Wydawnictwo: Amare
Moja ocena: 6/6

niedziela, 24 sierpnia 2025

[143/25] - 1856.: "Bridgertonowie" - Tom V - "Oświadczyny"


„Oświadczyny”
Cykl: Bridgertonowie
Tom piąty
Julia Quinn

„Nic się nie zyska, wybierając łatwą drogę”

Bardzo lubię romanse historyczne, dlatego z chęcią sięgam po kolejne tomy Bridgertonów. W pierwszych czterech poznaliśmy już trzech braci: Anthony’ego, Benedicta i Colina oraz ich siostrę Daphne, a teraz przyszła pora, by poznać lepiej Eloise, która jest główną bohaterką książki „Oświadczyny” – piątej księgi z cyklu „Bridgertonowie.”

Eloise zawsze uważała, że małżeństwo nie jest dla niej, o czym wiedzieliśmy już w momencie, gdy poznaliśmy ją w poprzednich częściach cyklu. Widoczne było, że nie wpisuje się w schematy. Dała się poznać jako niepokorna dusza, która nie zamierza podporządkować się konwenansom. Inteligentna, niezależna, z ciętym językiem i przekonaniem, że życie w pojedynkę to nie porażka, lecz wybór. W świecie, gdzie kobiety miały być ciche, posłuszne i gotowe do zamążpójścia, ona wyróżniała się błyskotliwością, ciętym językiem i przekonaniem, że życie w pojedynkę może być równie pełne i wartościowe. Nie szukała męża, nie marzyła o romantycznych uniesieniach. Odrzuca kolejne propozycje, wierząc, że lepiej być samotną niż być z kimś źle dobranym. Jednak gdy jej najbliższa przyjaciółka Penelope wychodzi za mąż — i to za brata Eloise, Colina— coś się w niej zmienia. Kolejnym elementem, który wywołuje szereg zdarzeń jest list od Phillipa Crane'a, do którego napisała słowa wyrażające współczucie po śmierci jego żony Mariny.


Sir Philip Crane, samotny ojciec bliźniaków, zamknięty w sobie, zmęczony życiem, z przeszłością pełną bólu i rozczarowań, nie spodziewał się, że korespondencja z nieznajomą kobietą obudzi w nim coś więcej niż uprzejme zainteresowanie. Gdy pewnego dnia Eloise niespodziewanie pojawiaj się w progu jego domu bez zapowiedzi, wszystko się zmienia. Nie jest gotowy na jej energię, śmiałość i nieprzewidywalność. Ona z kolei nie spodziewała się chaosu, który zastanie: dom nie przypomina romantycznej rezydencji z powieści — jest pełen chaosu, dzieci są dzikie i nieokiełznane, a gospodarz… nieokrzesany, zamknięty w sobie i wyraźnie zagubiony. Ich spotkanie to zderzenie dwóch światów: jej energii, spontaniczności i potrzeby działania z jego melancholią, powściągliwością i emocjonalnym dystansem.


W tej części nie znajdziemy artykułów z kroniki towarzyskiej Lady Whistledown, a szkoda. Brakowało mi jej uszczypliwości i komentarzy do bieżących wydarzeń. Były niejako wprowadzeniem lub podsumowaniem tego, o czym czytaliśmy w danym rozdziale. Znamy wprawdzie jej tożsamość, ale szkoda, że już nie zabiera głosu. Natomiast została zachowana konwencja rozpoczynania poszczególnych rozdziałów, bo teraz zamiast artykułów wprowadzają nas listy Eloise pisane do różnych osób z rodziny i przyjaciółki. Charakterystyczny jest też drugi epilog, który w każdym tomie kończy daną historię pokazując w skrócie dalsze losy niektórych bohaterów.

Julia Quinn z mistrzowską lekkością łączy humor, emocje i głębię psychologiczną, tworząc opowieść, która sprawia, że wnikamy w daną historię czując wszystko to, co dzieje się na kartach książki. Ma styl, który bardzo lubię, gdyż skupia się na wydarzeniach i osobach z nimi związanych, bez zbędnego rozwlekania tematu. Wszystko jest we właściwych proporcjach, bez męczących długich opisów, ale towarzyszące nam emocje są naznaczone romantyzmem i współgrają z przeżyciami bohaterów. Porusza przy okazji istotne kwestie, ale też pokazuje realia epoki i panujące obyczaje. Nie ułatwia bohaterom życie i dokonywania wyborów stawiając ich w trudnych sytuacjach balansujące na granicy skandalu i społecznego ostracyzmu,  przeciwko któremu w ten sposób protestuje. 


„Oświadczyny” to nie tylko kolejny tom serii Bridgertonów — to jedna z najbardziej poruszających i zaskakujących historii, jakie wyszły spod jej pióra. Bardzo byłam jej ciekawa, gdyż znacząco różni się od dotychczasowych opowieści tej serii. To nie jest klasyczna opowieść o miłości, lecz opowieść o uczuciach, które kształtują się powoli, ale skutecznie. Bohaterowie uczą się siebie nawzajem, borykają się ze swoimi wewnętrznymi dylematami, odczuciami i krok po kroku, z potknięciami, śmiechem i łzami coraz bardziej się do siebie zbliżają i to jest w tej historii najpiękniejsze. Pokazuje bowiem, że miłość rodzi się czasami niespodziewanie i potrafi uleczyć stare rany, rozjaśnić serce, dusze i życia. To uczucie nie zawsze przychodzi w idealnym momencie, ale zawsze może być dokładnie tym, czego oboje potrzebują. To historia o dojrzewaniu do miłości, o odwadze, by wyjść poza własne przekonania, i o tym, że czasem największe uczucia rodzą się w najbardziej nieoczekiwanych okolicznościach.

Recenzja tomu I "Mój książę"
Recenzja tomu II "Ktoś mnie pokochał"
Recenzja tomu III "Propozycja dżentelmena"
Recenzja tomu IV „Miłosne tajemnice"
Recenzja tomu VI: "Grzesznik nawrócony"
Recenzja tomu VII: "Magia pocałunku" 
Recenzja tomu VIII "Ślubny skandal"

Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem


Wydanie I w tej edycji
Premiera wersji z barwionymi brzegami: 29.04.2025 r
Premiera w miękkiej oprawie: 1 marca 2022 r.
Premiera angielska tej edycji: 4 lutego 2021r.
Ilość stron: 378
Okładka: twarda
Wymiary: 140x205 mm
Tytuł oryginalny: To Sir Philip, With Love
Tłumaczenie: Anna Reszka, Katarzyna Krawczyk
ISBN: 978-83-8338-617-4
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Moja ocena: 6/6


sobota, 23 sierpnia 2025

[142/25] - 1855.: "Przyjaźń to za mało" - Tom II


"Przyjaźń to za mało"
Seria: Przyjacielski układ
Tom drugi
Monika Rępalska

„Życie jest za krótkie, 
by trwać w strachu przed miłością.”

Miłość — temat tak często poruszany w literaturze, a jednak wciąż potrafi zaskakiwać nowymi odcieniami. W powieści „Przyjaźń to za mało” Monika Rępalska ponownie zabiera nas w podróż przez emocjonalne labirynty, w których nie ma prostych rozwiązań ani jednoznacznych odpowiedzi, a miłość kształtuje się powoli, ale wyraźnie.

Zoe od najmłodszych lat była świadkiem toksycznej relacji swoich rodziców, w której wciąż obecne były kłótnie, psychiczna przemoc, ciche dni i nieustanne napięcie. Ich związek przypominał niekończącą się burzę, w której miłość mieszała się z bólem, a nadzieja gasła pod ciężarem rozczarowań. Nie miała więc pozytywnych wzorców. W tym chaosie nauczyła się, że uczucia mogą być niebezpieczne, a bliskość — pułapką. Obiecała sobie, że nigdy nie zakocha się w kimś, kto mógłby ją zranić. Długo pozostawała w swoim postanowieniu, budując wokół siebie mur pozornie nie do przebicia. Trwała w nim długo, dopóki nie spotkała Setha. On nie próbuje jej zdobyć siłą, nie obiecuje cudów. Zamiast tego przynosi coś, czego Zoe się nie spodziewała: spokój w zamęcie, ciepło w chłodzie, cierpliwość wśród niepewności.


Ta dwójka bohaterów pojawiła się już w pierwszym tomie „Przyjacielski układ”, w którym poznaliśmy historię przyjaciółki Zoe – Victorii i wspólnika oraz przyjaciela Setha – Erika. Już wówczas mogliśmy być świadkami niektórych wydarzeń u tej pary, ale stanowiły one tło do głównego wątku tej powieści. Można już było dostrzec, że ich wspólna droga usłana jest wieloma przeszkodami i nie przypomina bajki. Poznajemy teraz ich losy od początku, więc niektóre sceny z pierwszego tomu serii się powtarzają, ale teraz widzimy je oczami Zoe i Setha.

To opowieść o dwóch poranionych duszach, które uczą się siebie nawzajem — krok po kroku, dzień po dniu. Są momenty, gdy wszystko wydaje się rozpadać, gdy przeszłość wraca z siłą huraganu, a przyszłość wydaje się zbyt odległa. Ale są też chwile cichego zrozumienia, spojrzenia pełne znaczenia, gesty, które mówią więcej niż słowa. Myślą przewodnią jest zaufanie i szczera rozmowa, której bohaterowie muszą się nauczyć, zwłaszcza Zoe, która nie raz podejmowała dziwne decyzje, czym wprawiała mnie w zdumienie i sprawiała, że moja sympatia do niej nieco się chwiała. Jej zachowanie nie przypominało dorosłych, mądrych wyborów, lecz raczej nastolatki, która nie potrafi podjąć rozsądnych decyzji.


Na szczęście autorka zastosowała naprzemienną narrację, więc poznajemy też perspektywę Setha. Jego spojrzenie na sytuację jest bardziej dojrzałe i dodaje mu uroku. Jednak Zoe zachowuje się wobec niego irracjonalnie, czym przysparza sobie niepotrzebnych zmartwień. Wystarczyłaby jedna szczera rozmowa, wyjaśnienie sobie wszystkich wątpliwości i znalezienie rozwiązania. Postawa Zoe pokazuje, jak mocny wpływ mają rodzice i środowisko, w którym wychowuje się dziecko. Z czasem, gdy lepiej się poznają, odkrywają, że mimo różnic potrafią tworzyć harmonijną całość.

Poznawanie tej historii ułatwia styl pani Moniki Rępalskiej, które prowadzi nas przez kolejne epizody sprawnie, lekko, bez zbędnego przeciągania tematu, co świadczy o tym, że ma w niej wiele do powiedzenia. Bardzo sugestywnie potrafi ukazać emocje, wewnętrzne dylematy, rozterki i wniknąć w umysł postaci.


„Przyjaźń to za mało” to nie tylko romans lecz przede wszystkim opowieść o dojrzewaniu emocjonalnym, o próbie przełamania schematów wyniesionych z dzieciństwa, o tym, że czasem największym aktem odwagi jest pozwolenie sobie na miłość. To historia, która wydaje się bardziej dramatyczna niż „Przyjacielski układ”, co było już widoczne, gdy śledziliśmy losy Erika Tori, mimo że u nich również nie zawsze było kolorowo i bajecznie.

Historia Zoe i Setha uświadamia, że w każdym związku pojawiają się jakieś problemy, ale istotnym jest, by potrafić ze sobą rozmawiać, być ze sobą szczerym otwartym, jeżeli się kogoś kocha. Autorka pokazuje, jak trudne może być budowanie relacji, gdy przeszłość wciąż rzuca cień na teraźniejszość. Zwłaszcza Zoe dostrzega, że miłość nie musi być walką, lecz może być schronieniem a przyjaźń jest doskonałym jej uzupełnieniem. Sprawia, że relacja jest głębsza, pełniejsza, dająca poczucie bezpieczeństwa, bo mamy obok siebie kogoś, komu można zaufać i zwierzyć się z każdego problemu.

Zarówno pierwszy tom „Przyjacielski układ”, jak i drugi „Przyjaźń to za mało” są osobnymi, zamkniętymi opowieściami. Jednak ich poznawanie warto zacząć od początku, gdyż wzajemnie się uzupełniają. To, czego nie widzieliśmy wcześniej, teraz zostaje wyłonione na plan pierwszy.

Obie części serii zostały wydane w tym samym czasie, co uważam za dobry pomysł, gdyż nie musimy czekać na kontynuację i od razu możemy poznawać losy bohaterów mając w pamięci wcześniejsze wydarzenia. Finał wskazuje raczej na to, że jest to dylogia, w której zostały zakończone i wyjaśnione wszystkie wątki. Historia w niej zawarta pokazuje, że nie każda miłość zaczyna się od fajerwerków. Czasem rodzi się po cichu, w cieniu przyjaźni, w codzienności, która przez lata była bezpieczna i przewidywalna.


Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem 


Wydanie: I
Data premiery: 23.05.2025r.
Ilość stron: 276
Wymiary: 205 x 145 mm
Okładka: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-8290-745-2
Wydawnictwo: WasPos
Moja ocena: 6/6