sobota, 25 kwietnia 2026

[73/26] - 2011.: "Iskra w popiele"


"Iskra w popiele"
Paula Uzarek

„Działaj z serca. 
Serce nie może się mylić."

Wchodząc do starego domu np. w skansenie, czuję, jakby czas na chwilę zwalniał. Mam świadomość, że w zapachu drewna, skrzypieniu podłóg i chłodzie murów kryją się ślady ludzi, którzy tu żyli, a wraz z nimi ich emocje, gesty, spojrzenia. To właśnie one tworzą niepowtarzalny urok takich miejsc. Nieraz można usłyszeć, że istnieje coś takiego jak pamięć zaklęta w przedmiotach, w dotyku wygładzonej klamki, w pęknięciu na framudze, czy w popiele wygasłego pieca. Jakby każdy z tych drobiazgów przechowywał w sobie echo dawnych dziejów, ciche i uparte, czekające, aż ktoś znów je usłyszy.

Historia zawarta w powieści „Iskra w popiele” przypomina, że to, co minione, wciąż potrafi wpływać na teraźniejszość. Wystarczy odrobina wrażliwości, by usłyszeć szept przeszłości i pozwolić mu odmienić własną drogę.


Ruta Puchalska kupuje stary dom, w którym niegdyś działała słynna rodzinna piekarnia Korzennych. Wierzy, że właśnie tam odnajdzie spokój oraz odpowiedzi na pytania, które od lat nie dają jej wytchnienia. Jedną ze skrywanych tajemnic jest los jej dziadka Juliana, który pewnego dnia po prostu zniknął. W opuszczonym domu Ruta odkrywa zamurowany Piec Chlebowy, a to znalezisko porusza w niej ukryte pragnienia. Postanawia przywrócić mu życie i odbudować dawną piekarską tradycję.

Nieopodal tego miejsca znajduje się piękny, zabytkowy pałacyk należący do Igora Krukowskiego, który postanawia przywrócić budynkowi dawną świetność. W tym celu zatrudnia Rutę, które jest konserwatorką zabytków. Od pierwszych chwil jest nią zafascynowany, gdy widzi, jak ona potrafi wsłuchiwać się w przeszłość, ekscytuje się każdym detalem architektonicznym i wystrojem. Ruta zdaje się wyczuwać ich energię, słyszeć to, co próbują jej przekazać, a ona w pełni okazuje im swoje serce, uwagę i wrażliwość. Dotyczy to także starego chlebowego Pieca, z którym nawiązuje nietypową, coraz silniejszą więź. Wydobywające się z niego dźwięki układają się w słowa będące subtelnymi wskazówkami prowadzące ją coraz głębiej w historię rodziny i w samą siebie.


Nie potrafię dobrać odpowiednich słów, by w pełni oddać, jak bardzo poruszyła mnie ta historia. To jedna z tych opowieści, które wciągają nie tylko fabułą, ale też atmosferą — tak gęstą, że niemal czuć ją na skórze. Uwielbiam, gdy obok realistycznych wydarzeń i codzienności pojawiają się elementy tajemnicy i sprawy, które trudno wyjaśnić. Ta subtelna magia, ledwie wyczuwalna, a jednak obecna w każdym geście, przedmiocie i wspomnieniu, nadaje książce wyjątkową głębię i niepowtarzalny klimat. Właśnie ten balans między tym, co namacalne, a tym, co nieuchwytne sprawił, że historia tak mocno mnie wciągnęła. Z jednej strony mamy zakorzenioną w rzeczywistości opowieść o rodzinie, relacjach i przeszłości, z drugiej — aurę czegoś niewytłumaczalnego, co przenika przedmioty, miejsca i wspomnienia.


Opowieść prowadzona jest w narracji trzecioosobowej, ale ukierunkowanej na pokazanie perspektywy Ruty i Igora, ale też … Pieca Chlebowego. Pani Uzarek tchnęła w niego życie, pokazując jego duszę w pięknych, subtelnych, a zarazem przejmujących słowach. Czytając o nim, jego odczuciach, emocjach i przemyśleniach, czułam jego energię, odczuwałam niemal fizyczną obecność, jakby nie był tylko przedmiotem, lecz żywym świadkiem historii, który pamięta więcej, niż ludzie chcieliby przyznać. Każdy opis pulsuje ciepłem dawnych dni, bólem utraconego czasu i cichą nadzieją na odrodzenie. Niemal czuć zapach chleba, słychać trzaskanie w kominie i huczenie wiatru, a także ciężar wspomnień, które w nim pozostały.

Ta część opowieści ogromnie mnie poruszyła i uświadomiła, jak z pozoru martwy przedmiot może w tej historii pulsować życiem. Piec reaguje na obecność ludzi, ich emocje i powracające wspomnienia. Jego perspektywa jest delikatna, niemal poetycka, a jednocześnie nasycona ciężarem minionych lat. Staje się pomostem między przeszłością a teraźniejszością łącząc pokolenia Korzennych, przechowując ich sekrety i przypominając, że dom to nie tylko mury, lecz także pamięć, która w nich drzemie.


„Iskra w popiele” to historia o niezwykłym klimacie i magiczną otoczką, która otula zapachem świeżego chleba, ciepłej szarlotki, jabłoniowego sadu i ciepłem ogniska. Ta atmosfera nie jest jedynie tłem, lecz pełnoprawnym elementem opowieści, który koi, wciąga i porusza, sprawiając, że każda scena pulsuje ciepłem i emocją. Autorka zaskakuje tym, jak naturalnie i wiarygodnie prowadzi tę nietypową narrację. Nie ma w niej sztuczności ani przesady. Piec nie jest bajkowym tworem, lecz symbolicznym nośnikiem historii, i właśnie dlatego jego obecność tak porusza. Pojawia się wrażenie dotykania czegoś intymnego, czegoś, co zwykle pozostaje ukryte: emocjonalnego sedna rodzinnej opowieści.

Trudno mi tutaj wszystko ująć, bo powieść ma kilka wątków, a każdy z nich jest na swój sposób angażujący i dopracowany. Pani Paula Uzarek prowadzi je z lekkością i wyczuciem, dzięki czemu żaden nie dominuje nad pozostałymi, a wszystkie splatają się w jedną, wielowymiarową historię. Mamy tu opowieść rodzinną, poruszający wątek romantyczny, nutę magii ukrytą w przedmiotach, symbolach, gestach, zwyczajach i miejscach. Każdy z tych elementów wnosi inne emocje: ciepło, niepokój, wzruszenie i ciekawość. Razem tworzą historię, od której trudno się oderwać i która ogrzewa, niczym żar ze starego pieca, który ponownie ożył.



Egzemplarz książki otrzymałam od portalu

Wydanie: I
Data premiery: 13.03.2026r.
Ilość stron: 296
Wymiary: 125 x 195 mm
Okładka: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-66767-07-2
Wydawnictwo: Alegoria
Moja ocena: 6/6


czwartek, 23 kwietnia 2026

[72/26] - 2010.: "Księga magii eterycznej"


"Księga magii eterycznej"
Jak w prosty sposób przemienić energię 
w zdrowie, siłę i spełnienie
Ike Baker

„Magia jest siłą tak potężną, 
że starożytni Egipcjanie wynieśli ją do rangi boskości”

Słysząc słowo „magia”, wiele osób od razu reaguje sceptycznie, a nawet negatywnie, nie próbując głębiej zrozumieć, co się za nim kryje. Tymczasem można ją postrzegać jako pracę z energią – czymś, co nas otacza i przenika wszystko wokół. Jak każda siła, może być wykorzystywana zarówno w sposób konstruktywny, jak i destrukcyjny. Jeśli przyjąć tę perspektywę, magia przestaje być czymś abstrakcyjnym, a zaczyna przypominać proces kształtowania rzeczywistości, niczym formowanie plasteliny. Autor książki „Księga Magii Eterycznej” pokazuje, w jaki sposób, dzięki odpowiednim technikom i wiedzy, można tę energię ukierunkować tak, by działała na naszą korzyść.

Publikacja stanowi ambitną próbę uporządkowania zagadnienia energii eterycznej, szczególnie w kontekście zachodnich tradycji ezoterycznych, które, w przeciwieństwie do systemów Wschodu, często pozostają niejasne i słabo udokumentowane. Autor podejmuje się wypełnienia tej luki, proponując spójny model pracy z energią, oparty zarówno na analizie historycznej, jak i własnym doświadczeniu.

Już na początku pan Ike Baker przedstawia historyczne dowody i konteksty, które pozwalają zrozumieć, jak koncepcja eteru, czyli subtelnej, życiodajnej energii, pojawiała się w różnych kulturach. Dzięki temu powoduje, że zaczynamy dostrzegać wspólne korzenie praktyk, które często traktowano osobno. Ta część historyczna nie jest jednak suchą lekcją, lecz stanowi fundament, który pozwala zrozumieć współczesne techniki i ich działanie.


W części teoretycznej autor porządkuje wiedzę o energii, tłumacząc, czym jest eter jako zjawisko i jak można go rozumieć w kontekście współczesnej nauki. Tworzy spójny model pola eterycznego, rozwijania eterycznych zmysłów i świadomego kierowania energią. To właśnie ta część stanowi pomost między tradycją a praktyką, pozwalając zrozumieć, dlaczego techniki działają oraz jak można je rozwijać w sposób bezpieczny i świadomy. Książka została napisana w sposób przystępny nawet dla uważnego początkującego, a jednocześnie na tyle głęboki, by zainteresować osoby średniozaawansowane.

Największą siłą publikacji pozostaje jej część praktyczna złożona aż z ponad 50 ćwiczeń obejmujych techniki oddechowe, wizualizacje, pracę z ciałem, rytuały, operacje z energią planetarną i zodiakalną, a także metody czucia i kierowania energią w przestrzeni. Każde ćwiczenie ma jasno określony cel, opis działania i wskazówki dotyczące obserwowania efektów. Autor prowadzi przez kolejne etapy poznawania technik krok po kroku, począwszy od podstawowego wyczuwania eteru, poprzez pracę z żywiołami, aż po bardziej zaawansowane praktyki.

Ogromnym plusem jest to, że autor nie pomija kwestii bezpieczeństwa, które w wielu współczesnych publikacjach ezoterycznych są traktowane marginalnie. Omawia zagadnienia związane z higieną energetyczna, ochroną, oczyszczaniem przestrzeni, pracą z granicami itp. A to wszystko stanowi integralną część systemu i jest niezwykle ważne, jak w każdej pracy, w której BHP jest podstawową kwestią.

Wiarygodność książki wynika również z doświadczenia jej autora. Ike Baker jest adeptem kilku zachodnich tradycji ezoterycznych, które zgłębia od ponad 20 lat. W swojej pracy łączy zachodnie tradycje ezoteryczne z praktycznym przygotowaniem w qigong, reiki i chińskim ziołolecznictwie. Dzięki temu potrafi przekładać złożone idee na konkretne działania, a każdy element systemu ma swoje miejsce, kontekst i zastosowanie. Jednocześnie podkreśla, że magia eteryczna to nie tylko zestaw technik, ale forma duchowej alchemii. Praktyka ma prowadzić do przemiany wewnętrznej, synchronizacji mikrokosmosu człowieka z makrokosmosem natury, planet i żywiołów. Dzięki temu magia staje się nie tyle działaniem, ile sposobem bycia, procesem, który wpływa na zdrowie, emocje, relacje i poczucie sprawczości.


„Księga magii eterycznej” z pewnością zainteresuje tych, którzy chcą nauczyć się pracować z energią i czerpać z tego korzyści w różnych aspektach życia. Pan Ike Baker przekazuje spójny system magii eterycznej, bazujący na klasycznych tradycjach, lecz przedstawiony w nowoczesnej, klarownej formie. To publikacja, która może stać się ważnym punktem odniesienia dla osób zainteresowanych ezoteryką, hermetyzmem, magią ceremonialną, kabałą, qigong czy medytacją. Daje nie tylko wiedzę, ale przede wszystkim narzędzia – jasne, praktyczne i możliwe do zastosowania od razu. Zebrana wiedza porządkuje różne praktyki i nadaje im wartość użytkową, którą każdy może wykorzystać. Warto mieć takie umiejętności, nauczyć się je stosować w naszej codzienności, gdyż wiele problemów zaczyna się od nierównowagi energetycznej. Odebrano nam świadomość istnienia świata niewidzialnego, który odczuwamy zmysłami. Zostaliśmy odcięci od naturalnych zdolności i praktyk, które pomagają nam funkcjonować w świecie energetycznym. Jako ludzie ograniczamy się tylko i wyłącznie do tego, co widzimy, a wiele zagrożeń, czy źródeł naszych niedyspozycji istnieje w przestrzeniu eterycznej, które dopiero później manifestują się w naszej realnej rzeczywistości. Dzięki książce „Księga magii eterycznej” możemy zdobyć solidne fundamenty własnej ścieżki magicznej, by nauczyć się przemieniać energię w zdrowie, siłę i spełnienie.

Egzemplarz książki otrzymałam od portalu
 
Wydanie: I
Data premiery: 27.02.2026r.
Data premiery wersji oryginalnej: 08.04. 2025r.
Ilość stron: 288
Oprawa: miękka
Wymiary: 145 x 205 mm
Tytuł oryginału: AEtheric Magic: A Complete System of Elemental, Celestial & Alchemical Magic
Tłumaczenie: P. Leonczuk
ISBN: 978-83-8301-974-1
Wydawnictwo: Studio Astropsychologii
Moja ocena: 5/6


środa, 22 kwietnia 2026

[71/26] - 2009.: "Rodzina Tylczyńskich" - Tom I: "Jesteście tylko przyjaciółmi?"


"Rodzina Tylczyńskich"
Tom pierwszy
"Jesteście tylko przyjaciółmi?"
Monika Klara Krajniak

„Czasami trzeba pozwolić sobie na odejście,
żeby móc pójść dalej, 
choć to niełatwe.”

Sagi rodzinne zawsze cieszą się dużym zainteresowaniem czytelników, gdyż pozwalają zanurzyć się w świecie bohaterów na dłużej, śledzić ich codzienność, relacje i przemiany, które zachodzą na przestrzeni wielu lat. Możemy obserwować ich wzloty, upadki, zwyczaje, zwykłe dni i te drobne momenty, które składają się na coś znacznie większego. Powieść „Jesteście tylko przyjaciółmi?” doskonale oddaje ten klimat, otwierając drzwi do świata państwa Tylczyńskich i pozwalając nam spędzić z nimi wiele intensywnych, pełnych emocji miesięcy.


Rodzina Tylczyńskich od pokoleń mieszka w niewielkiej wsi Dąbrowa, gdzie każdy zna każdego, a żadne tajemnice nie pozostają w ukryciu i nic się nie ukryje. W ich domu zawsze panował gwar, śmiech i ciepło, bo Maria i Wojciech wychowują ośmioro dzieci. Robert, Piotr, Emilia, bliźniaki Mela i Patryk, młodsze siostry bliźniaczki Michalina i Agnieszka oraz najmłodszy Leon – tworzy barwną, pełną energii mozaikę charakterów. Każde z rodzeństwa wnosi do opowieści coś własnego, a ich obecność nie jest jedynie tłem, lecz integralną częścią przedstawionej historii. Wspólne rozmowy, drobne konflikty, wsparcie i ciepło rodzinnego domu budują atmosferę, która sprawia, że czujemy się jak gość przy ich stole. 

Wchodzimy w fabułę w momencie, gdy Melania wraz ze swoim bratem bliźniakiem Patrykiem przygotowują się do imprezy urodzinowej, gdyż razem kończą osiemnaście lat.  Jest to wydarzenie, na które szykuje się cała rodzina oraz sąsiedzi, w tym państwo Ciesielscy, którzy mają trójkę dzieci: Asię, Daniela i Dominika.

Tytułowe pytanie „Jesteście tylko przyjaciółmi?” pada często od znajomych, braci i sióstr w stronę Meli Tylczyńskiej i Daniela Cieszyńskiego, którzy znają się „od kołyski” i od zawsze uwielbiają przebywać w swoim towarzystwie. Mają swoje ulubione miejsca, znają wszelkie swoje sekrety, wiedzą, że mogą w każdej chwili na siebie liczyć. Do tej pory nie wyobrażali sobie, że kiedykolwiek mogliby się rozstać. Niestety, taki czas nadchodzi, bo Melania jest właśnie w maturalnej klasie, a starszy od niej o rok Daniel wkrótce ma wyjechać do Gdańska na studia. To ich pierwsze rozstanie i do tego bardzo długie, więc emocje, które dotąd pozostawały w cieniu, zaczynają nabierać nowego znaczenia.

Nowe środowisko Daniela pochłania go bez reszty, a dotychczasowa więź z Melą zostaje wystawiona na próbę. Gdy nagły wypadek burzy spokój obu rodzin, oboje muszą zmierzyć się z bólem, winą i uczuciami, które przez lata spychali na dalszy plan. W tym czasie w życiu Meli pojawia się Adam – ktoś, kto wprowadza do jej codzienności świeże spojrzenie i nieoczekiwaną energię, zmieniając dynamikę wszystkiego, co dotąd wydawało się pewne. Jego obecność przyspiesza moment, przed którym Mela i Daniel uciekali, przekonując samych siebie, że nic się nie zmienia.


Spędzamy z rodziną Tylczyńskich kilkanaście miesięcy, obserwując ich wspólnie życie, towarzysząc im w codziennych obowiązkach, małych radościach i większych troskach. Autorka z niezwykłą dbałością oddaje rytm życia dużej rodziny, w której każdy dzień przynosi coś nowego, a jednocześnie wszystko opiera się na niezmiennym fundamencie opartym na wzajemnej miłości i lojalności. Widzimy, jak razem jedzą posiłki, jak wspierają się w szkolnych i życiowych wyzwaniach, jak kłócą się o drobiazgi i jak szybko potrafią się pogodzić. To właśnie ta codzienność sprawia, że historia nabiera autentyczności. Pani Monika Krajniak nie idealizuje rodziny, ale pokazuje ją w pełnym spektrum - z bałaganem, zmęczeniem, śmiechem, wsparciem i emocjami, które pulsują między rodzeństwem. Widać, jak silne więzi łączą Tylczyńskich, jak bardzo są dla siebie oparciem i jak ich obecność wpływa na rozwój Meli. Jednocześnie uczestniczymy aktywnie w ludowych obyczajach, tradycyjnych świętach i wiejskich zabawach, co dodatkowo uzupełnia bieg zdarzeń.


„Jesteście tylko przyjaciółmi?” to pierwszy tom o rodzinie Tylczyńskich, a jednocześnie niezwykle udany debiut pani Moniki Klary Krajniak. Jej styl i sposób prowadzenia swojej opowieści w ogóle nie sprawia wrażenia początkującej pisarki. Zaskakuje dojrzałością, wrażliwością i umiejętnością uchwycenia codzienności w sposób niezwykle sugestywny. Z wyczuciem i lekkością tworzy przestrzeń pełną ciepła, codziennych trosk i radości ukazując wiejskie życie. Nie ma tu wprawdzie rozbudowanych opisów prac polowych czy gospodarskich, ponieważ nie one stanowią oś tej historii. Jej sercem są bohaterowie, ich relacje, wybory i codzienne życie, które nadają wsi Dąbrowa autentyczność i ciepło. Historia rozwija się naturalnie, bez pośpiechu, pozwalając wybrzmieć emocjom i relacjom, które kształtują bohaterów na progu dorosłego życia. 



Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem


 

Wydanie: I
Data premiery: 26.03.2026r.
Ilość stron: 368
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Wymiary: 135 × 208 mm
ISBN 978-83-8293-353-6
Wydawnictwo: Videograf
Moja ocena: 6/6

niedziela, 19 kwietnia 2026

[70/26] - 2008 "Zapomniałam, że cię kocham"


"Zapomniałam, że cię kocham"
Anna Prusik

„Chcę wychodzić, wiedząc, że na mnie czekasz. 
Chcę wracać do domu tylko wtedy, 
gdy ty tam będziesz.”

Życie potrafi w jednej chwili zburzyć nasze plany — często w sposób, którego nigdy byśmy się nie spodziewali. Czasem robi to delikatnie, ale bywa, że znacznie brutalniej i bezkompromisowo, wymazując to, co wydawało się fundamentem naszej tożsamości. „Zapomniałam, że cię kocham” dobrze pokazuje, jak gwałtownie rzeczywistość potrafi nas do siebie na nowo dopasować.


Po wypadku samochodowym, w którym z impetem uderza w słup energetyczny, Lilianna Maria Sawka budzi się w szpitalu. Choć pamięta swoje dzieciństwo, pochodzenie i wiele faktów z życia, ostatnie dziesięć lat zostało dla niej całkowicie wymazane. Nie ma pojęcia, że jest znaną producentką muzyczną, że prowadzi ważne projekty ani — co najbardziej zaskakujące — że za kilka tygodni ma wyjść za mąż.

Jeszcze większy niepokój budzi fakt, że ludzie odwiedzający ją w szpitalu zdają się oczekiwać od niej rzeczy, których ona zupełnie nie rozumie. Im bardziej Lilianna próbuje odzyskać wspomnienia, tym więcej pojawia się wątpliwości, zwłaszcza gdy powracające obrazy zaczynają prowadzić ją w zupełnie innym kierunku, niż sugerowałoby jej obecne życie.  Tym bardziej, że niektóre z nich zachowują się tak, jakby nie rozumiały, że ona nie pamięta swoich ostatnich dziesięciu lat, więc tym bardziej nie wie, o czym oni mówią i czego od niej chcą.

Wypadek i jego następstwa stają się czymś więcej niż tylko dramatycznym punktem zwrotnym. To moment, w którym życie weryfikuje jej dotychczasowe wybory. Brutalnie rozrywa ciągłość tego, co uważała za oczywiste, zmuszając ją, by spojrzała na siebie z perspektywy, której nigdy by nie wybrała dobrowolnie. Nagle wszystko, co było jej codziennością, staje się obcą opowieścią, a ludzie, którzy powinni być najbliżsi, wydają się nosić maski. W tej pustce, w tym niechcianym „zaczynaniu od nowa”, kryje się jednak coś paradoksalnie cennego — możliwość odkrycia, kim naprawdę jest, gdy znikają wszystkie narzucone role, oczekiwania i przyzwyczajenia.


Tym razem pani Anna Prusik postanowiła pokazać nam, jak to jest, gdy utrata pamięci pozbawia nas części życia. Wspomnienia bowiem, to jakby nasza własna książka, której karty wypełniają nasze przeżycia i zapisane są w formie wspomnień. A to zostało zabrane Lilianie, tak, jakby ktoś po prostu wyrzucił część naszych zasobów bibliotecznych. A taką biblioteką jest nasza mapa zapisana w naszym mózgu i sercu.

Wokół tego wątku poruszanych jest wiele innych zagadnień, a jednym z ciekawszych jest zwrócenie uwagi na pracę ratowników górskich, których działania wymagają ogromnej odwagi, zaangażowania, poświęcenia, determinacji i gotowości do ryzyka, w którym granica między życiem a śmiercią bywa wyjątkowo cienka. Autorka zwraca uwagę nie tylko na specyfikę tej pracy, ale też na emocje, jakie towarzyszą bliskim osób, które każdego dnia podejmują tak niebezpieczne wyzwania.

„niczego nie można być pewnym, 
więc nie należy liczyć na lepsze okazje”

Drugą ogromną wartością są tatrzańskie, górskie krajobrazy, których piękno, majestat, ale też niebezpieczeństwo tworzy tło dla wydarzeń, które w dalszej części powieści bardziej mnie zaabsorbowały. Trudno mi bowiem było od razu przyzwyczaić się do nowej odsłony stylu autorki, gdyż odbiega on znacząco o tego, który poznałam jej wcześniejszych książkach.

Śledzę twórczość pani Prusik od jej debiutu, jakim była dylogia „Stackhouse”, czyli powieści „Jak naprawić palanta” oraz „Jak nie zepsuć palanta” napisana jeszcze pod pseudonimem Anna Craft. Przy tych tytułach bawiłam się doskonale, bo były lekkie, pełne humoru i charakterystycznego, sarkastycznego zacięcia. Kolejna książka, „Zabiorę cię do piekła”, miała już zupełnie inny charakter naznaczony większymi emocjami, mrocznym klimatem, zbliżonym do thrillera. Licząc na podobne wrażenia, z dużą ciekawością sięgnęłam po najnowszą powieść autorki.


Okazało się jednak, że historia zawarta w książce „Zapomniałam, że cię kocham”, jest zupełnie inna niż poprzednie — jakby wyszła spod pióra innej osoby. Nie ma tu już tak wyraźnego, sarkastycznego tonu, który wcześniej był jej znakiem rozpoznawczym. Humor nadal się pojawia, ale jest znacznie delikatniejszy, bardziej subtelny, a całość utrzymana jest w spokojniejszym, bardziej refleksyjnym rytmie. To świadoma zmiana, która pokazuje, że autorka potrafi wyjść poza własne schematy i odnaleźć się w zupełnie innym sposobie opowiadania historii. Ja musiałam przyzwyczaić się do tego odmiennego sposobu opowiadania, by wciągnąć się w historię, która sama w sobie jest intrygująca, ale podana w trochę bardziej wymagającej uwagi formie.

Stopniowe odzyskiwanie wspomnień przez Lilianę, staje się nie tylko próbą odtworzenia przeszłości, ale też okazją do zrozumienia decyzji, które kiedyś mogły wydawać się niejasne i niedostrzegane. Z czasem okazuje się, że wiele z nich miało swoje uzasadnienie, nawet jeśli z perspektywy „nowej” bohaterki budzą wątpliwości. Paradoksalnie właśnie w tej pustce, w tym niechcianym „zaczynaniu od nowa”, kryje się szansa i możliwość odkrycia, kim naprawdę się jest, gdy znikają wszystkie narzucone role i oczekiwania. Czasem dopiero wtedy, gdy życie gwałtownie przerywa nasz bieg, zaczynamy widzieć, jak wyglądała droga, którą tak pewnie podążaliśmy, a w przypadku Liliany,  okazuje się, że serce pamięta lepiej niż jej się wydawało. 

Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem 

Wydanie: I
Data premiery: 06.03.2026 r.
Ilość stron: 374
Wymiary: 130x210 mm
Okładka: miękka ze skrzydełkami
ISBN 978-83-8423-382-5
Wydawnictwo: Amare
Moja ocena: 5/6


sobota, 18 kwietnia 2026

[69/26] - 2007.: "Alfabet pięknych pań" Tom II


"Alfabet pięknych pań"
Seria: Pięć par rękawiczek
Tom drugi
Mona Gin

„Prawdziwa przyjaźń zaczyna się w trudnych chwilach, 
a nie na nich kończy.

Bez względu na czasy jedno pozostaje niezmienne — człowiek ma swoje plany, a życie swoje. W książce „Pięć par rękawiczek” poznaliśmy pięć kobiet, pięć różnych historii i jeden świat, w którym  przyjaciółki próbują odnaleźć własną drogę i szczęście. W drugiej odsłonie ich historii pt.: „Alfabet pięknych pań”, życie niejednokrotnie wystawia je na próbę, pokazując że droga do szczęścia bywa znacznie trudniejsza, niż mogłoby się wydawać.

Wydaje się, że bohaterki wreszcie odnalazły swoją drogę do szczęścia i są u boku osób, z którymi chcą dzielić przyszłość.  Z wyjątkiem Janny, która po trudnych doświadczeniach na razie stroni od związków, choć i dla niej pojawia się iskra nadziei na miłość.


Zaczynamy poznawać dalsze losy przyjaciółek od dnia 6 sierpnia 1865 roku i spędzamy z nimi kilkanaście tygodni, które są dla tytułowych pięknych pań pełne intensywnych wydarzeń i emocji. Opowieść rozpoczyna się od przygotowań do ślubu Augusty Maclay, który staje się wydarzeniem sezonu i przyciąga uwagę całego Londynu, a życie bohaterek zdaje się wracać na spokojniejsze tory. Do tego ważnego wydarzenia w życiu pomagają przygotować się w jej wierne przyjaciółki. Nie ma tylko Katherine, która podążyła gdzieś za swoją miłością i nikt nie wie, co się z nią dzieje. Jednak i ona w końcu przybywa do Londynu, po pewnym wydarzeniu, które poruszyło całą angielską stolicę.

Pani Mona Gin wrzuciła mnie w wydarzenia, które przybierają nieoczekiwany zwrot, burząc pozorną sielankę i wprawiając nie raz w emocjonalne poruszenie i zaskoczenie. Jest tu dużo emocji, ale nie są one przesadzone czy sztuczne. Nie wszystko układa się pięknie i bez problemów, tak jak moglibyśmy się tego spodziewać, a niektóre decyzje bohaterek mogą zaskoczyć — czasem nawet lekko zirytować. Problemy narastają, aż w pewnym momencie zaczynają naprawdę ciążyć. Nie brakuje chwil wzruszeń i radości, ale też smutku, niepewności, obaw, tęsknoty, a nawet żałoby i pogodzenia się ze stratą. Są tajemnice, podejrzenia o zdradę, konflikty, układy i decyzje, które mogą jednych zranić, a innych uszczęśliwić, bo przy każdej z pań ciągle coś się dzieje. Ich życie nie stoi w miejscu — nieustannie się zmienia, stawiając przed nimi nowe wyzwania i zmuszając do konfrontacji z własnymi uczuciami oraz przeszłością.

To właśnie ta dynamika sprawia, że trudno oderwać się od lektury. Każda z bohaterek jest inna, ma własny bagaż doświadczeń, marzenia i lęki, dzięki czemu łatwo znaleźć w nich cząstkę siebie lub przynajmniej zrozumieć ich wybory. Dzięki temu powieść nie jest przesłodzona ani nijaka, lecz ma naturalny, życiowy charakter, co czyni ją bardziej autentyczną. Autorka umiejętnie splata ich historie, budując opowieść pełną napięcia, ale też ciepła i refleksji. Pokazuje, że życie rzadko bywa czarno-białe, a szczęście często przychodzi w najmniej oczywistych momentach.


„Alfabet pięknych pań” to świetnie napisana kontynuacja — bardziej dopracowana i wyrobiona literacko, co widać chociażby w przemyślanej konstrukcji fabuły. Ten tom składa się z czterech części, a każda z nich - z rozdziałów ułożonych alfabetycznie według bohaterek. Autorka zadbała również o oznaczenia czasowe, czego brakowało mi w pierwszym tomie.

Ważnymi postaciami są również panowie, bez których ta historia byłaby niepełna. Spotykamy galerię mężczyzn o różnych temperamentach, statusie i moralności, którzy wchodzą w życie bohaterek — czasem je wspierając, a czasem komplikując ich życie bardziej, niż same mogłyby przewidzieć. Dzięki temu relacje między postaciami są wielowymiarowe i dalekie od schematyczności. Autorka pokazuje zarówno subtelność rodzących się uczuć, jak i napięcia wynikające z różnic charakterów, oczekiwań czy społecznych konwenansów.


Powieść „Alfabet pięknych pań” to książka, która pozwala zanurzyć się w emocjach, relacjach i codzienności epoki, a jednocześnie pozostawia nas z poczuciem, że piękno — podobnie jak alfabet — ma wiele liter ,  z których można ułożyć wiele słów i znaczeń, ale razem tworzą spójną, choć nie zawsze oczywistą całość. To także opowieść o przyjaźni, która daje oparcie, pozwala spojrzeć na siebie z innej perspektywy i przypomina, że nawet w świecie pełnym zasad i ograniczeń najważniejsze pozostają relacje z drugim człowiekiem.

Druga część historii o pięciu niezwykłych kobietach w dużej mierze domyka ich losy, dając poczucie uporządkowania i emocjonalnego spełnienia. Nie wszystkie wątki zostały jednak całkowicie zamknięte — szczególnie intrygująca pozostaje historia Nicolasa Smitha, która zdaje się wciąż niedopowiedziana. Mam więc nadzieję, że autorka jeszcze do niej powróci i pozwoli nam lepiej poznać jego dalsze losy.

Recenzja tomu I: "Pięć par rękawiczek"

Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem 

Wydanie: I
Data premiery: 16.03.2026r.
Ilość stron: 400
Wymiary: 130x210 mm
Okładka: miękka
ISBN: ISBN: 978-83-8423-388-7
Wydawnictwo: Novae Res
Moja ocena: 6/6

czwartek, 16 kwietnia 2026

[68/26] - 2006.: "Oszast" Tom I



"Oszast"
Tom pierwszy
Grzegorz Mirosław

„Góry uczą pokory i wysysają energię, 
a Oszast umiał to robić ze zdwojoną mocą”.

Tytuł książki „Oszast” niewielu osobom zapewne mówi cokolwiek, natomiast Beskid Żywiecki kojarzy niemal każdy. To właśnie tam, wśród gęstych górskich lasów i z dala od uczęszczanych szlaków, znajduje się Oszast – dziki rezerwat przyrody, który staje się scenerią wydarzeń powieści Grzegorza Mirosław.


W tej surowej przestrzeni rozpoczyna się dramat Jana Stelmacha, który odzyskuje przytomność leżąc na pustej drodze, nie pamiętając niczego z ostatnich godzin. Wie tylko, że miał wypadek, a wcześniej jechał z żoną i małą córeczką, a teraz nie ma po nich śladu. Nie rozumie, jak znalazł się daleko od miejsca wypadku i co się właściwie stało. Sytuacja od razu nabiera niepokojącego wymiaru, a milczenie lasu zdaje się tylko pogłębiać poczucie zagrożenia.

W sprawę zostaje wciągnięty miejscowy leśnik Szczepan Banach, kuzyn Stelmacha, który odnajduje go gdy wraca samochodem do domu, jadąc górską ścieżką. Widząc jego stan i słysząc urywane, chaotyczne słowa, wzywa policję z komisariatu w Rajczy. Na miejscu pojawia się aspirant sztabowy Anna Kocoń, a po wstępnych ustaleniach i odkryciu zawartości bagażnika dołączają do niej posterunkowi Nowacki i Florek. Wraz z rozwojem sytuacji sprawa przestaje mieć lokalny charakter, dlatego do śledztwa zostaje włączony komisarz Jarosław Weber z Żywca, a całość nadzoruje prokurator Paulina Wyderny.


Książka wywołuje przysłowiowe ciarki na plecach już w momencie, gdy patrzymy na jej okładkę. Na pierwszy rzut oka widać jedynie pnie drzew, ich zarysy, ale gdy przyjrzymy się dokładniej, wówczas pomiędzy nimi dostrzegamy ukrytą w cieniu twarz, która wywołuje nieprzyjemny dreszcz. Ten sam rodzaj niepokoju towarzyszy od pierwszych stron. Fabuła wciąga tak silnie, że momentami trudno złapać oddech, a kolejne wydarzenia narastają jak ciemność nad gęstym lasem. 

Oszast skrywa swoje tajemnice, ale równie ważne są ludzkie historie, które niosą w sobie jeszcze większy ciężar. Każda z postaci ma przeszłość, od której trudno im się odciąć. Sekrety, demony przeszłości, wciąż odzywają się w umysłach bohaterów. Stopniowo zaczynają wychodzić na światło dzienne, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Nie eksplodują nagle, raczej wypływają powoli, jakby ciemność i groza górskiej, beskidzkiej kniei wydobywała na powierzchnię umysłu pamięć traumatycznych przeżyć.


Na pierwszy plan wysuwa się śledztwo, jednak równie istotne stają się relacje między aspirant Anną Kocoń a komisarzem Weberem. Od początku towarzyszy im napięcie – Weber traktuje ją z wyraźną rezerwą i pobłażliwością, jakby jej obecność była jedynie formalnością, a nie realnym wsparciem. Jego chłodny stosunek i dystans budują między nimi wyczuwalną barierę, która z każdym kolejnym spotkaniem tylko się umacnia. Kocoń jednak nie daje się zepchnąć na margines. Z determinacją i spokojną konsekwencją broni swojej pozycji, nie pozwalając, by ktokolwiek odbierał jej sprawczość. W tej relacji narasta ciche napięcie, przypominające pojedynek charakterów rozgrywany bez słów.

„Oszast” to świetny thriller, po którym trudno wrócić do codzienności z poczuciem spokoju. Sięgając po tę powieść obawiałam się, że będzie to horror, ale okazało się, że to historia, która mogłaby wydarzyć się naprawdę. Uwiarygadnia to wątek sięgający XIX wieku, z czasów cholery i głodu, który rozpoczyna każdy rozdział, odsłaniając coraz więcej z tamtych wydarzeń. W tamten ponury czas, gdy „śmierć stała się codziennym gościem”, granica między dobrem a złem, człowieczeństwem, a wolą przetrwania stawała się wyjątkowo cienka. Ten motyw, początkowo pozornie odległy od współczesnego śledztwa, stopniowo zaczyna splatać się z główną historią, budując dodatkową warstwę napięcia i niepokoju, nadając historii dodatkowej głębi. Atmosfera jest budowana z niezwykłą precyzją, konsekwentnie, ze ściśle zaplanowanym scenariuszem.  


Każdy krok w głąb fabuły przypomina wejście w las, w którym nic nie jest oczywiste, a cisza bywa bardziej niepokojąca niż jakikolwiek dźwięk. .Napięcie rośnie z rozdziału na rozdział, a atmosfera tajemnicy staje się coraz bardziej gęsta. Autor rewelacyjnie stworzył klimat miejsca bardzo sugestywnie z poczuciem grozy, czyhającego niebezpieczeństwa  i czegoś niewiadomego, kryjącego się za każdym cieniem drzewa. Można odnieść wrażenie, jakbyśmy sami błądzili po lesie, nasłuchując tego, co kryje się w mroku, jakby wszystko wokół nas wirowało i niepokojąco pulsowało swoim życiem.

Finał nie przynosi spokoju ani ulgi, bo gdy wydaje się, że wszystko jest już wyjaśnione, autor dorzuca na koniec epizod, który na nowo budzi obawy i rozsadza pozorne domknięcie. Pozostaje więc wrażenie, że wciąż coś drga pod powierzchnią, że jeszcze nie wszystko zostało odkryte. To wskazuje, że pan Grzegorz Mirosław nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w tej historii - jakby Oszast wciąż nie odsłonił wszystkich swoich mrocznych tajemnic.


Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem 

Wydanie: I
Data premiery: 25.03.2026r.
Ilość stron: 352
Okładka: miękka
Wymiary: 140x205 mm
ISBN: 978-83-8427-370-8
Wydawnictwo: Znak JednymSłowem
Moja ocena: 6/6


wtorek, 14 kwietnia 2026

[67/26] - 2005.: „Wichrowe Wzgórza”


„Wichrowe Wzgórza”
Emily Brontë

„Dobre serce i twarzy pomoże wypięknieć."

„Wichrowe Wzgórza” to jedna z tych powieści, które nie starzeją się mimo upływu lat – przeciwnie, z każdą kolejną epoką odkrywane są na nowo. Jedyna książka Emily Brontë, wydana pierwotnie w 1847 roku pod pseudonimem Ellis Bell, przeszła długą drogę: od dzieła szokującego i odrzucanego przez czytelników po klasykę literatury światowej. Najnowsze wydanie w twardej oprawie od Zysk i S-ka stanowi godną oprawę dla tej niezwykłej historii.


Historia powieści "Wichrowe Wzgórza" w Polsce jest niemal tak burzliwa jak sama powieść. Pierwsze wydanie z 1929 roku ukazało się pod zaskakującym tytułem "Szatańska miłość" w przekładzie Janiny Sujkowskiej. To właśnie jej tłumaczenie na długie lata ukształtowało sposób, w jaki polscy czytelnicy odbierali tę historię – już w powojennych wydaniach pod znanym dziś tytułem. Z czasem pojawiały się kolejne przekłady, m.in. Tomasza Bieronia, Hanny Pasierskiej czy Piotra Grzesika, który postawił na większą dosłowność kosztem lekkości stylu. Najnowsze tłumaczenie, autorstwa Jerzego Łozińskiego, pokazuje, że ta klasyczna powieść wciąż jest na nowo odczytywana.

Powieść doczekała się też wielu ekranizacji, ale największą rozpoznawalność zdobyła adaptacja z 1992 roku z Juliette Binoche i Ralph Fiennes w rolach głównych, która do dziś uchodzi za jedną z najbardziej pamiętnych interpretacji tej historii. Najnowsza wersja miała swoją premierę światową 13 lutego 2026 roku, a w Polsce - dzień później.  


Fabuła rozpoczyna się w 1801 roku, gdy do posiadłości o nazwie "Drozdowa ostoja" przybywa pan Lockwooda i poznaje ponurego, tajemniczego właściciela Wichrowych Wzgórz - Heathcliffa. Już pierwsze ich spotkanie odsłania chłód, posępność i nieprzystępność Heathcliffa— cechy, które budzą w Lockwoodzie niepokój, ale i fascynację. To właśnie ciekawość skłania go do wysłuchania opowieści Ellen Dean, gospodyni, która odsłania przed nim dramatyczne dzieje dwóch rodzin i burzliwej miłości, jaka naznaczyła ich losy na pokolenia.

Już od pierwszych stron powieść wyróżnia się nietypową konstrukcją narracyjną. Historia poznawana jest oczami pana Lockwooda, który trafia do tajemniczego świata Wichrowych Wzgórz, ale też dzięki opowieści gospodyni Ellen Dean. Ten zabieg sprawia, że stopniowo zanurzamy się w wielowarstwową opowieść o rodzinach Earnshawów i Lintonów oraz o jednym z najbardziej niejednoznacznych bohaterów literatury, jakim jest Heathcliffie.


Największą siłą powieści jest jej emocjonalna intensywność. Relacja między Heathcliffem a Catherine nie jest romantyczna w klasycznym sensie, gdyż ma w sobie  dzikość, obsesję i destrukcyjność. Historia ich uczucia sięga  dzieciństwa, dojrzewa na dzikich wrzosowiskach Yorkshire, a później przeradza się w siłę tak potężną, że niszczy wszystko, czego dotknie. Catherine, rozdarta między namiętnością do Heathcliffa a spokojem i dostatkiem, jakie oferuje jej Edgar Linton, podejmuje decyzję, która staje się początkiem tragedii. Jej wybór nie tylko łamie serce Heathcliffa, ale uruchamia spiralę zemsty, żalu i obsesji, która obejmuje kolejne pokolenia Earnshawów i Lintonów.

Pani Brontë pokazuje miłość jako siłę, która może zarówno budować, jak i podążać ku upadkowi.  Prowadzi naszą uwagę przez dwa pokolenia, pokazując, jak błędy i namiętności rodziców odbijają się na ich dzieciach. Stworzyła świat, w którym emocje są dzikie i nieokiełznane, a ludzie pełni sprzeczności. 



Ogromną rolę odgrywa także sceneria. To ona dodatkowo wzmacnia wrażenia, jakie wywołują kolejne sploty zdarzeń. Surowe, wietrzne wrzosowiska Yorkshire doskonale zostały wykorzystane, by stanowiły  ważną  częścią powieści. Ze swoimi wichrami, wrzosowiskami i odosobnionymi posiadłościami, nadaje gotycki klimat historii, która toczy się na ich tle. Jest pełen niepokoju, mroku i dzikości. Idealnie współgra z charakterami bohaterów, ich emocjami, nastrojem i tym, czego doświadczają. Przyroda zdaje się odzwierciedlać ich wewnętrzne burze, rozterki i wszelkie emocje. Atmosfera miejsca przenika całą powieść, dzięki plastycznym, sugestywnym opisom, jakie autorka roztacza przed naszymi oczami nadając wydarzeniom niepowtarzalny klimat, który trudno znaleźć w innych dziełach epoki.

„Wichrowe Wzgórza” to nie tylko opowieść o miłości, ale przede wszystkim o sile emocji, które potrafią zniszczyć wszystko, co napotkają na swojej drodze. To książka o obsesji, bólu, pragnieniu, samotności i o uczuciach, które nie mieszczą się w ramach klasycznego romansu. Dlatego historia napisana przez panią Brontë od lat fascynuje czytelników, scenarzystów i reżyserów. Dowodem tego są liczne wznowienia powieści i adaptacje filmowe, z których najbardziej znana jest ta z 1992 roku z Juliette Binoche i Ralphem Fiennesem. Najnowsza ekranizacja w reżyserii Emerald Fennell z Margot Robbie i Jacobem Elordi w rolach głównych, miała swoją premierę 13 lutego 2026 roku, a w Polsce można ją oglądać od 14 lutego 2026 roku.    

Nowe wydanie Zysk i S-ka, eleganckie i dopracowane, podkreśla rangę tej powieści jako jednego z najważniejszych dzieł literatury światowej. To idealna okazja, by sięgnąć po tę historię i przekonać się, dlaczego „Wichrowe Wzgórza” nazywane są jedną z najpiękniejszych książek o miłości, choć jest to miłość, która potrafi ranić głębiej niż jakakolwiek inna. Jej poznawanie jest jak wchodzenie do znanych miejsc i odkrywania ich na nowo. To nie tylko historia tragicznej miłości, ale również opowieść o przemianie i nadziei.  Pokazuje też, że nawet w świecie zdominowanym przez nienawiść możliwe jest odrodzenie uczuć i przerwanie błędnego koła przemocy.

Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem 


Data premiery: 03.03.2026 r.
Ilość stron: 448
Okładka: twarda
Wymiary: 140x205
ISBN 978-83-8335-796-6
Tytuł oryginału: Wuthering Heights
Tłumacz: Jerzy Łoziński
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Moja ocena: 6/6