Po prologu, w którym dowiadujemy się, że żona Iksa, Diana, została porwana, cofamy się nieco w czasie, by poznać... porywaczy. I tu można przypuszczać, że wprawdzie nie znamy ich prawdziwych imion, ale wiemy, co planują, dlaczego i jak chcą swój plan zrealizować. To typowi amatorzy, którzy zmagają się z bólami kręgosłupa, toksycznymi układami rodzinnymi i chronicznym brakiem gotówki. Ich pomysł na szybki zarobek przypomina raczej tragikomiczną operację w stylu gangu Olsena niż precyzyjnie zaplanowany skok. Obserwowanie, jak idealna w teorii wizja zderza się z chaosem realizacji, dostarcza mnóstwa frajdy. Ich sposób działania i motywy wzbudzają niejednokrotnie pobłażliwy uśmiech. Ta część fabuły ma znamiona komedii kryminalnej i właśnie ten czarny humor jest jednym z mocniejszych atutów powieści. Nie wynika on wyłącznie z celnych dialogów czy absurdalnych sytuacji, ale przede wszystkim z ludzkich słabości i nieporadności bohaterów. Ich działania bywają jednocześnie komiczne i niepokojące, a kolejne komplikacje sprawiają, że trudno przewidzieć, dokąd właściwie zmierza ta historia.
A zmierza w kierunku, którego w ogóle się nie spodziewałam i w tym momencie już nie jest wesoło. Komediowe akcenty i ludzkie potknięcia ustępują miejsca surowemu, gęstemu thrillerowi o najwyższą stawkę. Kiedy sprawa dotyka detektywa Iksa osobiście, a na szali ląduje życie jego żony Diany, znika przestrzeń na żarty. Zaczyna się bezkompromisowa walka z czasem i demonami przeszłości. Ta nagła transformacja klimatu sprawia, że od książki nie da się oderwać, tym bardziej, że autor bawi się z nami w kotka i myszkę, podrzucając fałszywe tropy i zmuszając do ciągłego przewartościowywania tego, co wiemy o bohaterach. Akcja przyspiesza, a wraz z nią emocje i gęstość wydarzeń. Autor nie oszczędza ani bohaterów ani nas, czytelników, trzymając w napięciu do samego końca.
Prawdziwy kunszt autora ujawnia się jednak w sposobie zarządzania naszymi emocjami, a to ze względu na „Warmia ekspres” ma wyraźnie ciekawą konstrukcję. Wydarzenia obserwujemy bowiem z perspektywy nieudolnych porywaczy w trzecioosobowej narracji, oraz z punktu widzenia Iksa w narracji pierwszoplanowej. Początkowo lekka, momentami wręcz ironiczna opowieść w pewnym momencie gwałtownie zmienia tor. Komediowe akcenty ustępują miejsca surowemu, gęstemu thrillerowi, w którym stawka staje się naprawdę wysoka.
„Warmia ekspres” to, według mnie, najlepsza z dotychczasowych części z detektywem Iksem. Pan Piotr Bolc stworzył pozorny chaos, z którego wylania się sensowna, dobrze przemyślana intryga kryminalna. Udało mu się uniknąć schematycznych rozwiązań i stworzyć wciągającą, kilkuwątkową i pełną wydarzeń opowieść o ludzkich słabościach, desperacji i konsekwencjach pozornie niewinnych decyzji.
To propozycja dla tych, którzy w kryminałach szukają czegoś więcej niż mechanicznego rozwiązywania zagadki „kto jest winien”. Przypomina w swojej powieści, że życie rzadko trzyma się przygotowanego scenariusza. I nie wystarczy mieć plan działania, ale też umiejętność jego zrealizowania. Bo czasem wystarczy jeden zakręt, by cały pociąg zwany życiem wypadł z torów.











































