poniedziałek, 4 maja 2026

[78/26] - 2016.: "Pola Makowe"


"Pola makowe"
Nikki Erlick

„najczęstszym sposobem na cierpienie 
jest po prostu je przeżyć”

Sen od dawna uznawany jest za jeden z najważniejszych elementów regeneracji — nie tylko fizycznej, ale przede wszystkim psychicznej. To właśnie podczas snu mózg porządkuje emocje, przetwarza trudne doświadczenia i pozwala nam stopniowo oswajać to, co w ciągu dnia wydaje się zbyt bolesne lub przytłaczające. Nic więc dziwnego, że motyw snu i jego potencjalnego wpływu na ludzką psychikę staje się punktem wyjścia dla powieści „Pola Makowe”, w której sen ukazany jest w zupełnie innej roli.


Ava, Ray, Sasha wyruszają w drogę do Kalifornii, gdzie na pustynnych terenach znajduje się tajemniczy ośrodek nazwany „Pola Makowe” prowadzony przez jego charyzmatyczną, tajemniczą i niejednoznaczną właścicielkę Ellis. Los sprawił, że zamiast samolotem jadą tam żółtym samochodem nazywanym Kanarkiem. Początkowo spędzają ten czas we trójkę, nie licząc psa Avy o imieniu PJ, ale w pewnym momencie dołącza do nich Sky, która nie miała dotąd pojęcia o istnieniu „Pól Makowych”. Ich historie splatają się powoli, z wyczuciem, a pani Nikki Erlick pokazuje, że pozornie obcy sobie ludzie mogą odnaleźć wspólny język w doświadczeniu straty i w potrzebie uzdrowienia.

„Pola Makowe” to powieść, która zaczyna się jak historia drogi: czwórka obcych sobie ludzi — Ava, Ray, Sasha i Sky — wyrusza w podróż do odległego ośrodka położonego na kalifornijskiej pustyni. Ośrodek, prowadzony przez obiecuje możliwość zmierzenia się z bólem w sposób, który wykracza poza znane metody terapii. Wydaje się to przytłaczające, ale jednocześnie wzbudza niepokój i przyciąga. Im dalej zagłębiamy się w tę historię, tym bardziej dostrzegamy więcej szczegółów i zagadnienia ukazane w zupełnie nieoczekiwanym świetle. Zarówno czwórka podróżników, jak i zespół kliniki leczenie snem mierzą się ze swoimi wewnętrznymi demonami, żalami, dylematami i nie zawsze chodzi o stratę w sensie fizycznym.


To historia, która wprost stawia pytanie o to, jak naprawdę uleczyć się z bólu i czy w ogóle istnieje jedna właściwa droga przechodzenia przez żałobę. Poza obserwowaniem pokonywania kolejnych etapów podróży czwórki znajomych z lotniska, poznajemy też niektóre przypadki z ośrodka „Pola Makowe”, które przybyły do niego po ratunek. To zapis rozmowy z nimi, z której wynika, dlaczego przybyli do tego miejsca. Uzupełnieniami są też artykuły z lokalnych gazet na temat tej szczególnej, innowacyjnej kliniki i metod, jakie sa w niej stosowane. To pokazuje, jak nowe, mało znane terapie, czy podejścia do problemów wzbudzają sensację, ekscytacje i ciekawość. Są też obiektem ataków, szukania głębszego dna i skrywanych sekretów, jakie mogą skrywać powody prowadzenie takiego sposobu uzdrawiania duszy człowieka.

Pokazuje, że każdy przeżywa stratę, żal, poczucie winy, tęsknotę, żałobę i inne tego rodzaju doświadczeni inaczej. Często oczekujemy szybkich rozwiązań i zamknięcia emocjonalnych drzwi naszego serca. Pojęcie starty nabiera też zupełnie innego sensu, znacznie szerszego, niż na początku się nam wydaje. Książka mocno akcentuje znaczenie czasu, przemijania, relacji i pozwolenia sobie na przeżywanie – bez skrótów i uproszczeń – podkreślając siłę połączenia między ludźmi jako kluczowego elementu uzdrawiania.


Jednym z atutów historii zawartej w książce „Pola Makowe” jest sposób, w jaki autorka przedstawia stratę, uzdrawianie, przebaczenia i akceptację, unikając przy tym przesadnego patosu. Jednak największą siłą tej powieści jest sposób, w jaki są wykreowani bohaterów. Ava, Ray, Sasha i Sky są pełni sprzeczności, a ich historie odsłaniają się powoli, w rytmie, który pozwala naprawdę wejść w ich emocje. W trakcie poznawania kolejnych wydarzeń wyłaniają się skrywane sekrety bohaterów, którzy nie do końca są ze wszystkim wobec siebie szczerzy, mimo że w czasie podróży wiele o sobie opowiadają.

Relacja między nimi rozwija się naturalnie — od nieufności po poczucie wspólnoty, które rodzi się z dzielonego doświadczenia straty. Kontrastem dla tej czwórki jest Ellis, postać złożona i moralnie niejednoznaczna, przekonana o słuszności swojej wizji uzdrawiania. To ona wprowadza do fabuły napięcie i pytania o granice ingerencji w cudzy ból.


Pani Nikki Erlick stwarza pomiędzy wydarzeniami przestrzeń do przemyśleń nad tym czym jest ból i dlaczego tak bardzo wnika ona w nasze komórki i zmysły. Dotyka fundamentalnych pytań o życie, stratę i sens, a jednocześnie pozostaje historią przystępną i komunikatywną. To, co istotne, mimo niepokojącego punktu wyjścia, całość ma raczej kojący niż przytłaczający charakter. To opowieść, która nie epatuje cierpieniem, lecz daje przestrzeń do oswojenia się z nim, budując melancholię i ciepło i dając możliwość zadania sobie własnych pytań.

„Pola makowe” to historia, w którą wchodzi się powoli, wnikając w mentalną sferę każdej postaci pozwalając nam razem z nimi odczuwać każdą emocję poprzez do analizę tego, jakie przeżycia mają za sobą. Czytając opis na okładce książki może się spodziewać ciężkiego tematu i trudnego sposobu pokazywania ludzkiego cierpienia. Tymczasem całość nabiera bardziej refleksyjnego tonu, w stylu powieści drogi, w której główni bohaterowie przechodzą przemianę i tworzą relacje, których się nie spodziewali. To opowieść o nadziei, o potrzebie bliskości i o tym, że nawet najbardziej pęknięte serce można próbować poskładać, ale nie przez zapomnienie, lecz przez zrozumienie.

Książkę przeczytałam w ramach współpracy
z PRart Media Bogna Piechocka
i wydawnictwem



Wydanie: I
Data premiery: 22.04.2026r.
Data premiery wersji ang. 17.06.2025r.
Ilość stron: 376
Okładka: miękka
Wymiary: 140x205 mm
Tytuł oryginału: "The Poppy Fields
Tłumaczenie: Alicja Halik
ISBN: 978-83-8367-628-9
Wydawca: Znak Literanova
Moja ocena: 5/6





piątek, 1 maja 2026

Zimny kwiecień - gorące lektury


Ostatnio mam szczęście do książek z historiami, które mnie nie zawodzą. Tak było w marcu i podobnie było w kwietniu. W sumie przeczytałam w minionym miesiącu 16 książek i tyle samo powstało recenzji. Wśród nich był jeden poradnik ezoteryczny i dwa e-booki:


Z szesnastu różnych opowieści aż 10 z nich otrzymało ode mnie ocenę 6/6! Trudno mi spośród nich wybrać tę jedną. 
A były to: 



Z tego względu to podsumowanie nieco odbiega od poprzednich zestawień.*
Ułożyłam je tak: 

Miejsce I: 
"Iskra w popiele" za klimat, 
"End of the road"  za emocje 
"Mad love" za świetne zwieńczenie serii 
i nietypową historię

Miejsce II: 
"Nikt" i "Oszast" za mroczny dreszczyk"

Miejsce III
"Do wesela się zagoi" za lekkość i humor
 "Jesteście tylko przyjaciółmi" za sielską opowieść o miłości
"Astrid" za atmosferę sprzed ponad 1000 lat

To teraz przyszedł czas na 
Kwietniowe Rozczarowanie 
(biorąc pod uwagę także pogodę) :)

Jeżeli chodzi o książki, to również nie było tej najgorszej, ale najbardziej zawiodłam się na  

"(Nie) Urodzić się babą", która poruszała wprawdzie ważne tematy związane z wykorzystaniem kobiet, ale zupełnie nie odpowiadała mi forma przekazu. I nie chodzi tu o sceny erotyczne, ale ogólnie o podejście do tematu. (więcej w recenzji)
*Przypominam, że są to moje subiektywne odczucia, które niekoniecznie muszą pokrywać się z innymi opiniami i recenzjami. 
Na mojej półce czeka wiele ciekawych (mam nadzieję) powieści.

oto niektóre z nich

Które będą czytane, a co uda mi się w maju zrealizować ...?
czas pokaże, bo maj to zawsze u mnie czas oprowadzania grup wycieczkowych.



czwartek, 30 kwietnia 2026

[77/26] - 2015.: "Poza nawiasem" Tom II "Jeszcze zdążę cię odnaleźć"


"Jeszcze zdążę cię odnaleźć"
Seria: Poza nawiasem
Tom drugi
Dorian Frank

„Cokolwiek wymyślisz, 
kimkolwiek w przyszłości się staniesz, 
nie pozwól, by ktoś decydował za ciebie.”

Literatura, która dotyka tematów tożsamości, dorastania i społecznych podziałów, ma w sobie szczególną siłę oddziaływania.  „Jeszcze zdążę cię odnaleźć” wpisuje się w ten nurt, pokazując, jak skomplikowane potrafi być dorastanie w świecie pełnym oczekiwań, presji i niechęci wobec inności. Pan Dorian Frank rozwija wątki rozpoczęte w pierwszym tomie cyklu „Poza nawiasem”, skupiając się na losach siostrzeńca Tomasza Malickiego — Łukasza Rylskiego. To właśnie on staje się postacią wiodącą, a jego historia pokazuje, jak skomplikowana i bolesna potrafi być droga do akceptacji — zarówno własnej, jak i tej ze strony innych. 


Łukasz Rylski pojawił się epizodycznie w pierwszej części trylogii pt.:  „Niewłaściwe pytanie”. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, jaka jest dokładnie jego sytuacja. Autor sam przyznaje, że nie spodziewał się, iż ta postać tak bardzo go zaabsorbuje. Wewnętrzne rozdarcie chłopaka, jego samotność i życie w ciągłym napięciu domagały się pełniejszego opowiedzenia. W efekcie Łukasz wysunął się na pierwszy plan i cały drugi tom został mu poświęcony. Decyzja ta wpłynęła także na kształt całej serii, bo z planowanej dylogii powstała trylogia, dzięki czemu opowieść zyskała większą głębię i przestrzeń do wybrzmienia. Uważam, że to była dobra decyzja autora, bo historia Tomasza i Łukasza jest pełniejsza.

Widzimy, że to wrażliwy nastolatek, który dopiero zaczyna rozumieć, kim jest. Niestety, dorasta w świecie, w którym szczerość bywa zagrożeniem. Każdy dzień jest dla niego próbą utrzymania równowagi między prawdą o sobie a koniecznością ukrywania jej przed otoczeniem. Buzujące emocje i długo tłumione pragnienia stopniowo rozbijają mur, który wokół siebie zbudował. Coraz trudniej udawać, że nic się nie dzieje, a życie w ciągłym napięciu zaczyna go przerastać.

Jednocześnie chłopak doskonale wie, jak wysoką cenę może zapłacić za szczerość. Ujawnienie prawdy oznacza ryzyko utraty wszystkiego, łącznie rodziny, znajomych i poczucia bezpieczeństwa. Z drugiej strony dalsze życie w kłamstwie staje się nie do zniesienia. Chłopak stoi więc na granicy decyzji, która nieuchronnie może zmienić jego życie.

Łukasz często wraca myślami do wujka Tomasza, który kilka lat wcześniej odwiedził rodzinne Małe Łany. Z pierwszej części serii "Poza nawiasem" wiemy, że Tomasz nie utrzymuje kontaktu z rodziną — a właściwie to rodzina unika jego, bo myśli inaczej niż oni. Jego wizyta i słowa, które wtedy wypowiedział, były dla Łukasza pierwszym sygnałem, że to, co mówi mu rodzina, nie musi być prawdą, a to, kim jest i jak siebie widzi, nie jest niczym złym. 


Ważnym punktem dla przemiany młodego Rylskiego staje się postawa ciotki Olgi i jej syna Michała. To oni pokazują Łukaszowi, że inność nie jest niczym złym, a jego tożsamość nie wymaga „naprawiania”. Ich otwartość i empatia stoją w ostrym kontraście do poglądów rodziców chłopaka oraz większości mieszkańców Małych Łanów. Tam dominuje nietolerancja, hipokryzja i fanatyczne przywiązanie do religijnych dogmatów, które stają się narzędziem kontroli i wykluczenia. To właśnie ta duszna atmosfera tłamsi Łukasza i odbiera mu przestrzeń do bycia sobą.

Szczególnie mocno wybrzmiewa w powieści problem przemocy i społecznego przyzwolenia na nią. Łukasz widzi to na przykładzie Szynszyla — kolegi gnębionego przez rówieśników tylko dlatego, że jest inny. Agresorzy, wychowani w podobnych schematach myślenia, powielają uprzedzenia wyniesione z domów. Co więcej, bywają postrzegani jako „dobrzy”, bo spełniają zewnętrzne normy — chodzą do kościoła i wpisują się w obraz „normalności”. Z kolei osoby należące do społeczności LGBT+ są odrzucane i odczłowieczane. Autor trafnie pokazuje również bierność szkoły i instytucji, które zamiast reagować, milcząco przyzwalają na przemoc.

Nie bez znaczenia pozostaje także sytuacja rodzinna Łukasza. Jako niepełnoletni chłopak pozostaje całkowicie zależny od rodziców, którzy nie dopuszczają możliwości, by miał własne zdanie. Ich przekonanie o prawie do pełnej kontroli nad jego życiem sprawia, że musi ukrywać swoją tożsamość, by uniknąć konsekwencji. Presja ze strony dominującej matki dodatkowo pogłębia jego lęk i poczucie osamotnienia. Jednocześnie autor zwraca uwagę na wyraźny paradoks — ci, którzy najgłośniej deklarują przywiązanie do zasad wiary, często nie potrafią okazać podstawowego współczucia i zrozumienia, zaprzeczając wartościom, które sami głoszą.


„Jeszcze zdążę cię odnaleźć” to bardzo udana kontynuacja powieści „Niewłaściwe pytanie”, która w nowy sposób podejmuje temat osób o odmiennej orientacji seksualnej. O ile w pierwszym tomie śledzimy historię dorosłego mężczyzny odkrywającego swoją tożsamość, o tyle tutaj poznajemy perspektywę młodego człowieka stojącego u progu dorosłości. 

Autor bardzo trafnie portretuje polskie społeczeństwo, pokazując zarówno jego codzienne mechanizmy, jak i głębsze problemy zakorzenione w sferze społeczno-kulturowej. Powieść wybrzmiewa jako wyraźny sprzeciw wobec nietolerancji, braku akceptacji dla inności oraz cichego przyzwolenia na agresję — szczególnie wobec osób nieheteronormatywnych. Przekonująco ukazany obraz społeczności małomiasteczkowej odsłania jej zamknięcie, hipokryzję i siłę presji, która potrafi determinować ludzkie wybory. Jednocześnie autor podkreśla, że podobne postawy nie są wyłącznie domeną małych miejscowości — obecne są także w dużych miastach, gdzie przybierają bardziej subtelne, często lepiej maskowane formy.

Pan Dorian Frank posługuje się stylem o bardziej opisowym charakterze, który wyraźnie dominuje nad dialogami i dynamicznymi wydarzeniami. W tym przypadku nie jest to jednak nużące — to nie są słowa użyte jedynie po to, by wypełnić kolejne strony. Autor ma coś do powiedzenia i potrafi nadać swoim opisom znaczenie, dzięki czemu budują one atmosferę, pogłębiają portrety psychologiczne bohaterów i pozwalają lepiej zrozumieć ich emocje oraz motywacje. Bardzo sugestywnie, odważnie i bez zahamowania, ale jednocześnie z  dużą wrażliwością opowiada historię dojrzewania, poszukiwania siebie i walki o prawo do bycia sobą. Doskonale wnika w umysł młodego człowieka będącego na skraju załamania, rozdartego między tym, kim jest naprawdę, a tym, kim musi się wydawać, by sprostać oczekiwaniom otoczenia. Jednocześnie stawia ważne pytania o granice wolności, cenę społecznej akceptacji i odwagę życia w zgodzie ze sobą. To poruszająca, szczera i potrzebna powieść, która zostaje w umysłach na długo,  nie tylko dzięki emocjom, jakie wywołuje, ale przede wszystkim przez prawdę, którą odważnie odsłania.

Recenzja tomu I "Niewłaściwe pytanie"

Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem

 
Wydanie: I
Data premiery: 01.04.2026r.
Ilość stron: 508
Okładka: miękka
Wymiary: 148 x 210 mm
ISBN 978-83-8011-403-6
Wydawca: WFW
Moja ocena: 6/6


wtorek, 28 kwietnia 2026

[76/26] - 2014.: "(Nie) urodzić się babą"


"(Nie)Urodzić się babą"
Anna Sawczak

"Miłość zakłada nam 
klapki na oczy"

Zabawny, przewrotny tytuł i piękna, romantyczna okładka od razu przyciągają wzrok i zachęcają, by sięgnąć po „(Nie) urodzić się babą”. Jednak za tą lekkością kryje się coś więcej — subtelna nuta sarkazmu, sugerująca, że nie będzie to jedynie słodka opowieść o miłości pod greckim niebem. Tytuł trafnie punktuje rzeczywistość, w której mimo XXI wieku kobiety wciąż zmagają się z nierównościami, stereotypami i ludźmi przekonanymi, że pieniądze oraz władza dają im prawo do przekraczania granic.

Klara Kowalska wyjeżdża na Santorini, chcąc odciąć się od bolesnej przeszłości i zacząć wszystko od nowa. Wśród greckich krajobrazów odnajduje miłość w osobie przystojnego Greka Nikosa Orgensi. Charyzmatyczny właściciel wytwórni fety, szybko staje się centrum jej świata. Ich relacja rozwija się błyskawicznie: ślub, dziecko i codzienność, która przypomina spełnione marzenie.

Tyle że ten raj nie trwa długo.

Z czasem uczucie ustępuje miejsca chłodowi. Nikos nie podnosi wprawdzie ręki na Klarę, ale jego zachowanie nosi wyraźne znamiona przemocy psychicznej pod postacią manipulacji psychicznej i emocjonalnej oraz kontroli. Ma bowiem przekonanie, że rola kobiety kończy się na domu i dziecku. Mężczyzna, który miał być oparciem, staje się kimś obcym i trudnym do rozpoznania.


Najbardziej niepokojące okazuje się jednak to, co dzieje się poza ich domem. Oficjalnie Nikos prowadzi wytwórnię fety, lecz jego prawdziwa działalność ma znacznie mroczniejszy wymiar. Funkcjonuje w świecie nadużyć i zależności, w którym kobiety traktowane są przedmiotowo. Wykorzystuje swoje pracownice i funkcjonuje w środowisku opartym na nadużyciach, władzy i uprzedmiotowieniu kobiet. To właśnie ten wątek okazuje się najbardziej poruszający — choć niekoniecznie w sposób, jakiego można było się spodziewać po zapowiedzi.

I tu pojawia się mój największy problem z tą książką. Spodziewałam się historii o kobiecie uwięzionej w toksycznym, despotycznym małżeństwie i dramatycznej walce o wolność. Tymczasem otrzymałam opowieść, która rozkłada akcenty zupełnie inaczej. Wątek Klary momentami schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca innym historiom i postaciom. 

Dodatkowo fabuła jest mocno nasycona scenami erotycznymi. Nie mam nic przeciwko takim elementom, jednak tutaj jest ich na tyle dużo. Powieść jest nimi naszpikowana i tego rodzaju opisy dominują nad resztą historii. W efekcie zamiast pogłębionego dramatu psychologicznego otrzymujemy narrację, która chwilami gubi swój ciężar emocjonalny. Sięgając zatem po tę książkę, trzeba przygotować się na solidną porcję tego rodzaju wrażeń.

Nie pomaga również sposób prowadzenia narracji. Brak wyraźnego oznaczenia perspektyw oraz mieszanie narracji pierwszo- i trzecioosobowej sprawiają, że momentami trudno odnaleźć się w tym, kto opowiada daną część historii. Zamiast budować napięcie, wprowadza to chaos i utrudnia pełne zaangażowanie.


„(Nie) urodzić się babą” to właściwie opowieść o kobietach, nie tylko o Klarze, która momentami wydaje się jedynie tłem dla dramatów rozgrywających się wokół innych bohaterek. To historia o kobietach manipulowanych przez swojego szefa, Nikosa, wykorzystywanych w ohydny sposób, traktowanych jak towar, który można dostarczyć bogatym i wpływowym ludziom. Autorce nie można odmówić odwagi w pokazywaniu tego rodzaju brutalnych mechanizmów władzy, uprzedmiotowienia i wykorzystywania, a także środowisk, które na pierwszy rzut oka wydają się nietykalne. Wśród osób uwikłanych w ten mroczny świat pojawiają się nawet dostojnicy kościelni, na co dzień pełniący swoje obowiązki w Watykanie, co dodatkowo podkreśla skalę zepsucia i odwagę autorki w poruszaniu trudnych tematów. 

Autorce nie można odmówić odwagi w sięganiu po trudne i kontrowersyjne wątki. Jednocześnie jednak nadmiar erotyki, rozproszenie fabuły i sposób narracji sprawiają, że potencjał tej historii nie zostaje w pełni wykorzystany.  To książka, która z pewnością znajdzie swoich odbiorców — zwłaszcza wśród czytelników szukających mocnych, bezkompromisowych tematów. Ja jednak pozostałam z poczuciem niedosytu i przekonaniem, że ta opowieść mogła wybrzmieć znacznie mocniej, gdyby większy nacisk położono na to, co w niej najważniejsze: walkę kobiet o godność, wolność i prawo do decydowania o sobie.


Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem

Wydanie: I
Data premiery: 21.01.2026r.
Ilość stron: 348
Wymiary: 130x210 mm 
Okładka: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-8423-250-7
Wydawca: Novae Res
Moja ocena: 3/6


poniedziałek, 27 kwietnia 2026

[75/26] - 2013.:"Lost Hope"

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA
Premiera
30.04.2026r.



"Lost Hope"
Karolina Witkowska

"Miłość wyzwala w nas 
niepohamowane pokłady siły"

Czasem najtrudniejszą walką, jaką musi stoczyć człowiek, jest ta o własną godność i prawo do normalności. Zwłaszcza wtedy, gdy ktoś, kto miał kochać i chronić, okazuje się największym zagrożeniem. Historia bohaterki w powieści „Lost Hope” pokazuje, że ludzie nie zawsze są tacy, jakimi wydają się na początku, a droga do odzyskania siebie bywa pełna bólu, lęku i nieoczywistych wyborów. Ci, których nazywa się „porządnymi”, potrafią skrywać najciemniejsze oblicze, natomiast ci, którzy na pierwszy rzut oka budzą niepokój, czasem okazują się jedynymi, którzy wyciągają rękę w chwili, gdy świat wali się w gruzy.


Hope Davidson była przekonana, że odnalazła coś, o czym marzy większość ludzi – miłość dającą poczucie bezpieczeństwa, zrozumienia i prawdziwej bliskości. Zamiast tego trafiła w pułapkę relacji, która stopniowo odbierała jej wolność, godność i kontrolę nad własnym życiem. Gdy zaczyna wierzyć, że nie ma już dla niej ratunku, na jej drodze pojawia się Manson Harper – mężczyzna równie niebezpieczny, co fascynujący. Bezwzględny, dominujący i przyzwyczajony do życia według własnych zasad, pomaga jej wydostać się z koszmaru, ale  zamiast tego wciąga ją w rzeczywistość, w której przetrwanie wymaga siły, a zaufanie jest luksusem, na który niewielu może sobie pozwolić. Okazuje się, że to nie koniec kłopotów, bo niełatwo wyrwać się że szponów tyrana.


"Lost Hope" to debiut pani Karoliny Witkowskiej, która zwraca uwagę na ważne zagadnienia dotyczące przemocy kobiet. O tym, że jest to pierwsza wydana powieść autorki jest chwilami wyczuwalne, chociażby w dialogach, które czasami wypadają zbyt mało wiarygodnie i brzmią nienaturalnie, ale też przemiana bohaterki nie zawsze jest przekonująca. Następuje wprawdzie stopniowo, ale nie wszystkie sytuacje wydawały się realne.

Mimo tych niedoskonałości widać jednak ogromny potencjał, zarówno w sposobie budowania napięcia, jak i w umiejętności kreślenia mrocznego, emocjonalnego tła.  Ważnym elementem tej historii jest sposób, w jaki autorka pokazuje psychiczne konsekwencje przemocy. Świetnie oddaje stan emocjonalny i psychiczny bohaterki – jej zagubienie, strach, ale też stopniowo rodzącą się determinację, by zawalczyć o samą siebie. 


Hope, mimo wyrwania z piekła, wciąż nosi w sobie „wgrany program” ofiary przemocy. Jej ciało i umysł reagują szybciej, niż jest w stanie to świadomie kontrolować. Panika pojawia się nawet wtedy, gdy ktoś podnosi głos nie ze złości, lecz z zaskoczenia; gdy ktoś wykonuje gwałtowny ruch, choć nie ma zamiaru jej skrzywdzić. Kilkuletnie znęcanie się nad nią wypracowało w niej automatyczne mechanizmy obronne — odruch cofania się, zamierania, przepraszania za coś, czego nie zrobiła. Autorka bardzo trafnie oddaje te reakcje, pokazując, że trauma nie znika w momencie zmiany otoczenia. Pokazuje, że można uciec z miejsca, w którym doświadczyło się przemocy, ale nie da się tak łatwo uciec od tego, co zostało zapisane w psychice.

Relacja z Mansonem Harperem wprowadza do tej historii zupełnie nową dynamikę – nie jest to typowe „ocalenie”, a raczej wejście w kolejny skomplikowany układ, w którym granice dobra i zła nie są oczywiste. To sprawia, że czytelnik pozostaje w ciągłym napięciu, nie do końca wiedząc, komu można zaufać i jakie konsekwencje przyniesie każdy kolejny wybór bohaterki.

W tym momencie powieść z obyczajowego charakteru stopniowo skręca w rejony mafijne, co sprawia, że można ją podzielić na dwie wyraźne części, chociaż formalnie nie zostało to zaznaczone. Fabuła nabiera nabiera jeszcze bardziej intensywnego charakteru, gdyż wchodzimy w świat mafijnych układów, niebezpieczeństw i brutalnych zasad, gdzie liczy się siła, lojalność i bezwzględność. Akcja przyspiesza, pojawia się więcej zagrożeń zewnętrznych,  emocji, dynamiki i napięcia. 


„Lost Hope” to opowieść o kobiecie, która musi nauczyć się żyć na nowo, choć jej ciało i umysł wciąż pamiętają każdy krzyk i każdy cios. Hope udało się zmienić otoczenie, ale nie potrafiła w jednej chwili zmienić siebie. Wciąż drży, gdy ktoś podnosi głos. Wciąż zamiera, gdy ktoś wykonuje szybki ruch,  przeprasza za rzeczy, których nie zrobiła. Jest więc w tej historii wiele autentycznych reakcji, zachowań  i sytuacji, które ukazują obraz ofiary przemocy. 

Autorka nie łagodzi rzeczywistości, nie próbuje jej upiększać, tylko pokazuje jej brutalność wprost, co dla wielu odbiorców może być zarówno atutem, jak i wyzwaniem. Wnika bardzo sugestywnie zarówno w stan emocjonalny ofiary, jak i daje poczuć sposób funkcjonowania osoby ze skłonnościami do niekontrolowanej agresji.  Pokazuje, że ucieczka od oprawcy to dopiero początek walki,  bo najtrudniej uciec od tego, co zostało zapisane głęboko w psychice. To mroczna, intensywna historia o przemocy, psychicznej destrukcji i próbie odbudowania siebie po latach życia w strachu. Pani Karolina Witkowska  stworzyła opowieść pełną emocji, napięcia, intensywności i nieoczywistych relacji, która zostaje w umysłach na dłużej i zmusza do zastanowienia się, jak niewiele potrzeba, by czyjeś życie zmieniło się w koszmar… i jak wiele siły trzeba, by z niego wyjść.

Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem


Wydanie: I
Data wydania: 30.04.2026r.
Ilość stron: 348
Okładka: miękka
ISBN: 978-83-68129-21-2
Wydawnictwo: Orzeł
Moja ocena: 5/6

niedziela, 26 kwietnia 2026

[74/26] - 2012.: "Nikt"


"Nikt"
Adrian Bednarek

„Jeśli postanowisz iść na dno, 
pójdziemy tam razem."

Z ciekawością i podekscytowaniem sięgnęłam po najnowszą powieść Adriana Bednarka pt.: "Nikt”, ponieważ do tej pory żadna z jego książek mnie nie zawiodła. Po serii z Kubą Sobańskim wydawało mi się, że autor osiągnął już szczyt w kreowaniu mrocznych, niepokojących bohaterów, ale szybko okazało się, że potrafi zaskoczyć mnie po raz kolejny. Tym razem prowadzi nasze zmysły w świat pozornie spokojny, a jednak podszyty narastającym napięciem, w którym każdy gest i każda myśl bohaterów mają znaczenie. Już od pierwszych stron czuć, że pan Bednarek ponownie bawi się naszymi emocjami, stopniowo wciągając w historię, która nie pozwala na chwilę wytchnienia.


Kajetan Lewicki, którego rozdziały oznaczone są literą „K”, to człowiek szczęśliwy i spełniony. Trzydziestotrzyletni mężczyzna od dwóch lat pełni funkcję głównego księgowego w firmie produkującej rolety. Jest przystojny, odnosi sukcesy zawodowe, ma kochającą i piękną żonę, w której jest całkowicie zakochany, prowadzi  stabilne i uporządkowane życie. Ma więc wszystko to, czego brakuje „N”, czyli tytułowy Nikt 

Tego dnia, gdy go poznajemy, Kajetan wychodzi z pracy wcześniej niż zwykle.  Nie przeczuwa jeszcze, że jest to jego ostatni szczęśliwy dzień. Wszystko rozpada się w jednej chwili, gdy do ich domu wdziera się zamaskowany napastnik. Próba ratowania żony kończy się tragedią, a Kajetan trafia do aresztu, oskarżony o zbrodnię, której nie popełnił. Od tego momentu jego jedynym celem staje się udowodnienie niewinności i odnalezienie człowieka, który odebrał mu wszystko. Tymczasem „Nikt” nie zatrzymuje się i wybiera kolejną ofiarę.


Historia skupia się wokół dwóch wątków. Pierwszy to postać tajemniczego psycopaty, określanego jako „Nikt”,  człowieka, który od zawsze czuł się przegrany, zbędny i zniszczony przez życie. Swoje niepowodzenia przypisuje kobietom, jednak nie dąży do ich śmierci, lecz do przejęcia nad nimi kontroli. To właśnie poczucie władzy i odebranie im godności, ma stać się dowodem jego siły i pozostawić w ofiarach ślad, którego nie da się wymazać. Choć od początku poznajemy jego sposób myślenia, motywacje i przygotowania do przestępstw, jego tożsamość przez długi czas pozostaje zagadką, co dodatkowo potęguje napięcie.

Drugi to motyw zdeterminowanego, zranionego Kajetana, którego osobista trauma nie pozwala spokojnie żyć. Z piętnem poczucia winy pragnie jedynie zemsty. 

Autor zestawił ze sobą dwóch zupełnie różnych, przeciwstawnych bohaterów. Pokazał również, jak szybko może zmienić się życie człowieka i jak łatwo jest go niesprawiedliwie ocenić,  między innymi dlatego, że system prawny opiera się na określonych schematach i założeniach. W śledztwie obowiązują procedury, wnioski i utarte modele interpretacji faktów. Zamiast obiektywnie udowadniać winę, często dopasowuje się zebrane dowody do osoby podejrzanej. Właśnie tak wyglądała sytuacja Kajetana w tej historii.

Wyraźnie i dosadnie pan Bednarek pokazuje, jak traumatyczne doświadczenia potrafią zmienić człowieka i wydobyć z niego pokłady siły, o które sam by się nie podejrzewał. Lewicki był zwyczajnym, szczęśliwym człowiekiem. Żył spokojnie u boku ukochanej żony, czerpał radość z codzienności i patrzył na świat z optymizmem. Jeden brutalny czyn człowieka o zniszczonej psychice burzy ten porządek i zmusza go do konfrontacji z rzeczywistością, w której musi nauczyć się walczyć o przetrwanie i sprawiedliwość.


Wrażenia podsyca narracja prowadzona w sposób niezwykle sugestywny, pozwalając nam niemal wejść do głów bohaterów i odczuwać ich emocje z pełną intensywnością.  Pierwszoosobowa perspektywa dodatkowo wzmacnia ten efekt, potęgując poczucie niepokoju i bliskości z postaciami. Autor umiejętnie balansuje między pozornym spokojem a nagłymi zwrotami akcji, więc napięcie rośnie z każdą stroną, a chwile ciszy są jedynie zapowiedzią kolejnych uderzeń emocji.

Choć powieść „Nikt” jest nieco mniej brutalna niż wcześniejsze dzieła autora, nadal nie brakuje tu mocnych, psychologicznie obciążających momentów. To historia dopracowana w każdym szczególe, konsekwentna, przemyślana i pozbawiona zbędnych elementów. Każda scena ma znaczenie, a całość tworzy spójną, mroczną układankę. Jej kolejne elementy nie pozwalają na chwilę wytchnienia i wciągają od pierwszych stron, trzymając w napięciu aż do samego końca. Pan Bednarek ponownie imponuje wyobraźnią i warsztatem, tworząc opowieść, którą czyta się z zapartym tchem. To świetnie skonstruowany thriller, w którym mocno wybrzmiewa bólu, tesknota, poczucie niesprawiedliwości i sila, którą człowiek odkrywa dopiero wtedy, gdy nie ma już nic do stracenia. 

Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem

Wydanie: I
Data premiery: 11.03.2026r.
Ilość stron: 498
Wymiary: 130x210 mm
Okładka: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-8423-433-4
Wydawnictwo: Zaczytani
Moja ocena: 6/6


sobota, 25 kwietnia 2026

[73/26] - 2011.: "Iskra w popiele"


"Iskra w popiele"
Paula Uzarek

„Działaj z serca. 
Serce nie może się mylić."

Wchodząc do starego domu np. w skansenie, czuję, jakby czas na chwilę zwalniał. Mam świadomość, że w zapachu drewna, skrzypieniu podłóg i chłodzie murów kryją się ślady ludzi, którzy tu żyli, a wraz z nimi ich emocje, gesty, spojrzenia. To właśnie one tworzą niepowtarzalny urok takich miejsc. Nieraz można usłyszeć, że istnieje coś takiego jak pamięć zaklęta w przedmiotach, w dotyku wygładzonej klamki, w pęknięciu na framudze, czy w popiele wygasłego pieca. Jakby każdy z tych drobiazgów przechowywał w sobie echo dawnych dziejów, ciche i uparte, czekające, aż ktoś znów je usłyszy.

Historia zawarta w powieści „Iskra w popiele” przypomina, że to, co minione, wciąż potrafi wpływać na teraźniejszość. Wystarczy odrobina wrażliwości, by usłyszeć szept przeszłości i pozwolić mu odmienić własną drogę.


Ruta Puchalska kupuje stary dom, w którym niegdyś działała słynna rodzinna piekarnia Korzennych. Wierzy, że właśnie tam odnajdzie spokój oraz odpowiedzi na pytania, które od lat nie dają jej wytchnienia. Jedną ze skrywanych tajemnic jest los jej dziadka Juliana, który pewnego dnia po prostu zniknął. W opuszczonym domu Ruta odkrywa zamurowany Piec Chlebowy, a to znalezisko porusza w niej ukryte pragnienia. Postanawia przywrócić mu życie i odbudować dawną piekarską tradycję.

Nieopodal tego miejsca znajduje się piękny, zabytkowy pałacyk należący do Igora Krukowskiego, który postanawia przywrócić budynkowi dawną świetność. W tym celu zatrudnia Rutę, które jest konserwatorką zabytków. Od pierwszych chwil jest nią zafascynowany, gdy widzi, jak ona potrafi wsłuchiwać się w przeszłość, ekscytuje się każdym detalem architektonicznym i wystrojem. Ruta zdaje się wyczuwać ich energię, słyszeć to, co próbują jej przekazać, a ona w pełni okazuje im swoje serce, uwagę i wrażliwość. Dotyczy to także starego chlebowego Pieca, z którym nawiązuje nietypową, coraz silniejszą więź. Wydobywające się z niego dźwięki układają się w słowa będące subtelnymi wskazówkami prowadzące ją coraz głębiej w historię rodziny i w samą siebie.


Nie potrafię dobrać odpowiednich słów, by w pełni oddać, jak bardzo poruszyła mnie ta historia. To jedna z tych opowieści, które wciągają nie tylko fabułą, ale też atmosferą — tak gęstą, że niemal czuć ją na skórze. Uwielbiam, gdy obok realistycznych wydarzeń i codzienności pojawiają się elementy tajemnicy i sprawy, które trudno wyjaśnić. Ta subtelna magia, ledwie wyczuwalna, a jednak obecna w każdym geście, przedmiocie i wspomnieniu, nadaje książce wyjątkową głębię i niepowtarzalny klimat. Właśnie ten balans między tym, co namacalne, a tym, co nieuchwytne sprawił, że historia tak mocno mnie wciągnęła. Z jednej strony mamy zakorzenioną w rzeczywistości opowieść o rodzinie, relacjach i przeszłości, z drugiej — aurę czegoś niewytłumaczalnego, co przenika przedmioty, miejsca i wspomnienia.


Opowieść prowadzona jest w narracji trzecioosobowej, ale ukierunkowanej na pokazanie perspektywy Ruty i Igora, ale też … Pieca Chlebowego. Pani Uzarek tchnęła w niego życie, pokazując jego duszę w pięknych, subtelnych, a zarazem przejmujących słowach. Czytając o nim, jego odczuciach, emocjach i przemyśleniach, czułam jego energię, odczuwałam niemal fizyczną obecność, jakby nie był tylko przedmiotem, lecz żywym świadkiem historii, który pamięta więcej, niż ludzie chcieliby przyznać. Każdy opis pulsuje ciepłem dawnych dni, bólem utraconego czasu i cichą nadzieją na odrodzenie. Niemal czuć zapach chleba, słychać trzaskanie w kominie i huczenie wiatru, a także ciężar wspomnień, które w nim pozostały.

Ta część opowieści ogromnie mnie poruszyła i uświadomiła, jak z pozoru martwy przedmiot może w tej historii pulsować życiem. Piec reaguje na obecność ludzi, ich emocje i powracające wspomnienia. Jego perspektywa jest delikatna, niemal poetycka, a jednocześnie nasycona ciężarem minionych lat. Staje się pomostem między przeszłością a teraźniejszością łącząc pokolenia Korzennych, przechowując ich sekrety i przypominając, że dom to nie tylko mury, lecz także pamięć, która w nich drzemie.


„Iskra w popiele” to historia o niezwykłym klimacie i magiczną otoczką, która otula zapachem świeżego chleba, ciepłej szarlotki, jabłoniowego sadu i ciepłem ogniska. Ta atmosfera nie jest jedynie tłem, lecz pełnoprawnym elementem opowieści, który koi, wciąga i porusza, sprawiając, że każda scena pulsuje ciepłem i emocją. Autorka zaskakuje tym, jak naturalnie i wiarygodnie prowadzi tę nietypową narrację. Nie ma w niej sztuczności ani przesady. Piec nie jest bajkowym tworem, lecz symbolicznym nośnikiem historii, i właśnie dlatego jego obecność tak porusza. Pojawia się wrażenie dotykania czegoś intymnego, czegoś, co zwykle pozostaje ukryte: emocjonalnego sedna rodzinnej opowieści.

Trudno mi tutaj wszystko ująć, bo powieść ma kilka wątków, a każdy z nich jest na swój sposób angażujący i dopracowany. Pani Paula Uzarek prowadzi je z lekkością i wyczuciem, dzięki czemu żaden nie dominuje nad pozostałymi, a wszystkie splatają się w jedną, wielowymiarową historię. Mamy tu opowieść rodzinną, poruszający wątek romantyczny, nutę magii ukrytą w przedmiotach, symbolach, gestach, zwyczajach i miejscach. Każdy z tych elementów wnosi inne emocje: ciepło, niepokój, wzruszenie i ciekawość. Razem tworzą historię, od której trudno się oderwać i która ogrzewa, niczym żar ze starego pieca, który ponownie ożył.



Egzemplarz książki otrzymałam od portalu

Wydanie: I
Data premiery: 13.03.2026r.
Ilość stron: 296
Wymiary: 125 x 195 mm
Okładka: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-66767-07-2
Wydawnictwo: Alegoria
Moja ocena: 6/6