„Wyrwana z przepaści”
Irene Sturm
„Uderzenie się goi wcześniej czy później,
ale słowa na długo pozostają w pamięci…”
Czasami już sam tytuł książki podpowiada, jakiej historii możemy się spodziewać. „Wyrwana z przepaści” brzmi jak opowieść o walce z przeciwnościami losu, bólu, ale także nadziei na lepsze jutro. Z takim nastawieniem rozpoczęłam lekturę najnowszej książki Irene Sturm.
Jarka swoje dotychczasowe życie poświęciła nauce, więc gdy dostała propozycję pozostania na uczelni jako pracownik naukowy, nie wahała się ani chwili. Po obronie habilitacji dostała możliwość wyjazdu do Stanów Zjednoczonych w ramach wymiany naukowej. Wkrótce do kraju za wodą lecą pozostałe bohaterki, ale każda z innego powodu.
„Wyrwana z przepaści” to spokojna, niespieszna opowieść o kobietach, które po życiowych zawirowaniach próbują odnaleźć własną drogę i zbudować dla siebie bezpieczną przyszłość. Autorka skupia się na losach trzech spokrewnionych bohaterek sióstr Orszi i Nerysy oraz ich kuzynki o imieniu Jarka.
Powieść ma kameralny charakter i właściwie jest opowiadaniem, gdyż nie jest zbyt obszerna. Liczy sobie zaledwie 100 stron, ale wydrukowana małą czcionką sprawia, że jest dużo tekstu. Pani Irene Sturm nie stawia w niej na spektakularne zwroty akcji, lecz na ukazanie tego, czego doświadczyły bohaterki i jak potoczyły się ich losy dalej. Robi to w specyficzny sposób, dla mnie nieco chaotyczny i zbyt suchy, bez emocji. Tytuł wskazuje na jakąś poruszającą historię, bardziej dramatyczne sceny, wgłębienie się w psychikę, ale nic z tych elementów nie było wyczuwalne. Raczej wszystko przebiega w formie przedstawienia wydarzeń poprzez rozmowy między Jarką i Orszi, oraz listy wysyłane do Orszi przez Nerysę.
Niestety, po lekturze pozostał u mnie niedosyt i muszę przyznać, że książka mnie rozczarowała. Tytuł „Wyrwana z przepaści” sugeruje historię pełną silnych emocji, trudnych doświadczeń i wewnętrznych przemian bohaterek. Spodziewałam się opowieści, która pozwoli mi głębiej wejść w ich świat i lepiej zrozumieć to, co przeżyły. Tymczasem emocje zostały nakreślone bardzo oszczędnie, przez co trudno było mi w pełni zaangażować się w ich losy.
Autorka nie poświęca też wiele miejsca opisom. Brakuje szerszego wprowadzenia do poszczególnych sytuacji, a informacje o bohaterkach są podawane bardzo skąpo. Właściwie nie wiemy, jak wyglądają, ile mają lat ani wielu innych szczegółów, które pomogłyby lepiej je poznać. Wszystko zostało przedstawione w bardzo oszczędnej formie, co sprawiło, że nie potrafiłam nawiązać z bohaterkami bliższej więzi.
Dodatkowo zmieniająca się narracja wprowadzała pewne poczucie nieuporządkowania. Przeskoki między narracją pierwszo- i trzecioosobową nie zawsze były dla mnie płynne, przez co momentami lektura stawała się trudniejsza w odbiorze. Liczyłam na bardziej emocjonalną, dopracowaną pod względem psychologicznym historię, która pozwoliłaby mi mocniej przeżyć losy bohaterek. Niestety tym razem nie znalazłam w tej opowieści tego, czego oczekiwałam.
Miałam już okazję przeczytać jedną książkę pani Irene Sturm pt. „Malachitowy bursztyn”, w której dominującym elementem były dialogi. Teraz jest podobnie, bo to one są osią fabuły z których wysnuwa się historia o trzech kobietach, które pragną po prostu być szczęśliwe.
Książkę przeczytałam w ramach współpracy z w wydawnictwem
Data premiery: 29.04. 2026
Ilość stron 104
Okładka: miękka
Wymiary: 148 x 210 mm
ISBN 978-83-8011-615-3
Wydawnictwo WFW
Moja ocena: 3/6







































