piątek, 31 stycznia 2025

[20./25] -1733. - "10 lat później"


"10 lat później"
Beata Turlik
„Każdy ma swoją historię. 
Ważne, by się nie poddawać.”

Mówi się, że nie powinno wchodzić się do tej samej rzeki dwa razy, ale mimo wszystko bohaterowie książki „10 lat później” postanowili złamać tę przestrogę, gdy los ponownie postawił ich na swojej drodze.

Darek i Sara byli kiedyś parą zakochaną w sobie i snującą plany na wspólną przyszłość. Pewnego dnia po prostu on oświadcza dziewczynie, że musi odejść i to robi, pozostawiając ją bez wyjaśnień z wieloma pytaniami. 10 lat później pojawia się nagle jeden z jego przyjaciół, Marek, który wyjaśnia Sarze, dlaczego jej były chłopak zniknął z jej życia.

Nie przekonało mnie tłumaczenie Darka, dlaczego tak długo zwlekał z powrotem do Polski, ale też jego późniejsze zachowanie zniechęciło mnie do niego. Poznając jego przeszłość, to co robił przez ostatnich 10 lat dziwiłam się, że Sara tak szybko przeszła do porządku dziennego. Sara obecnie jest w związku z Łukaszem, ale nie jest to układ, który ją satysfakcjonuje. Po kolejnym z jego strony lekceważącym zachowaniu, decyduje się na zakończenie tej relacji i niemal od razu spotyka się z Darkiem i dawnymi przyjaciółmi.


Opinie o tej książce są różne. Jedni są nią zachwyceni, inni wręcz przeciwnie. Ja jestem gdzieś pośrodku, bo ogólnie historia mi się podobała ze względu na pomysł na książkę, ale nie wszystko mi w niej odpowiadało. Można na przykład zauważyć kilka typowych dla początkujących pisarzy trendów, chociażby określania osób za pomocą takich zwrotów jak na przykład: „chłopak Sary”, „dziewczyna Darka”, albo poprzez koloru włosów itp. 

Uważam, że mimo wszystko powieść „10 lat później” to udany debiut pani Beaty Turlik, chociaż nie wszystko jest tu idealnie. W swoim końcowym słowie napisała, że jest to historia fikcyjna, ale ma w sobie skrawki z jej życia i bliskich jej osób. Stąd zatem pojawia się wrażenie autentyczności tego, co dzieje się na kartach tej powieści. 

Jest to historia złożona z kilku wątków ukazująca losy kilku osób, a nie tylko Darka i Sary.  Bardzo byłam też zainteresowana chociażby relacją Marka i Anny, która była dla mnie równie ciekawa, a nawet bardziej przykuwająca uwagę, niż relacja głównych bohaterów. Mamy, więc w jednej powieści kilka historii ludzi powiązanych ze sobą więzami przyjaźni. 

Fabuła wciąga powoli, chociaż nie brakuje w niej wielu wydarzeń o różnym natężeniu emocjonalny. Trochę było za mało dynamiki w akcji, która w efekcie trochę się ciągnie i tylko czasami mamy nagle jakąś bardziej gwałtowną sytuację, wybijającą nas z jednostajnego rytmu. 

Właściwie głównym bohaterem i wątkiem wiodącym jest przyjaźń. I to o niej jest ta opowieść. Poznajemy grupę osób, którzy znają się od lat, ale życie rozdzieliło ich i pokierowało w różnych kierunkach. Teraz odnawiają znajomość i widać, że mimo upływu czasu, nadal łączą ich silne więzi. Są w stanie przebyć nawet dosyć dużą odległość, by się wspierać, spotkać i pomóc sobie wzajemnie.


To także historia, w której ważną rolę odgrywa zaufanie i szczerość wobec siebie. Darek częściej okazuje się w tym temacie nie w porządku, gdyż nie raz zawodził Sarę, raniąc ją, strofując i reagując zbyt gwałtownie na niektóre sytuacje. Bardzo podobała mi się postać Sary, która miała cierpliwość wobec swego chłopaka, wykazywała się wyrozumiałością, gotowością do rozmowy i przede wszystkim potrafiła wybaczać niejednokrotnie błędy Darka. To też opowieść o budowaniu wspólnego życia na nowo, wybaczaniu i byciu ze sobą z widmem choroby w tle.

Powieść napisana przez Beatę Turlik podkreśla, że bycie w związku polega na wzajemnym wspieraniu się, byciu z ukochaną osobą na dobre i złe, a nie tylko w chwilach, gdy wszystko układa się bezproblemowo. Siła miłości ukazuje się właśnie wówczas, gdy pojawiają się trudniejsze dni i chcemy ukochaną osobę wspierać, opiekować się nią, gdy jest taka potrzeba, a nie tylko brać z relacji to, co najlepsze.



Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem 


Wydanie: I
Data premiery: 30.10.2024r.
Ilość stron: 420
Wymiary: 130x210 mm
Okładka: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-8373-381-4
Wydawca: Novae Res
Moja ocena: 4/6


czwartek, 30 stycznia 2025

[19./25] -1732. -„Intryga chodzi w szpilkach”


„Intryga chodzi w szpilkach”
Beata Stefaniak
„Klasyczne szpilki nigdy nie wychodziły z mody. Intrygują mężczyzn i pozostawiają bolące odciski.”

Wiele kobiet zatraca swoją kobiecość, czują się nieatrakcyjnie, albo sądzą, że najlepsze mają za sobą z chwilą, gdy ich życie toczy się wokół wychowania dzieci i pracy. Jeżeli do tego jeszcze mają za sobą nieudany związek, tak jak bohaterka książki „Intryga chodzi w obcasach”, to tym bardziej nie widzą dla siebie szansy na miłość. A ona potrafi czekać na swoją kolej. Do bohaterów debiutanckiej książki pani Beaty Stefaniak, miłość pukała już jakiś czas temu, ale okoliczności wówczas nie sprzyjały jej zaistnieniu, ale też nie wystarczyło odwagi i otwartości, by podążać za głosem serca.

Milena ma 32 lata i jest matką samotnie wychowującą dwie nastoletnie córki. Jej były mąż zostawił ją 11 lat temu i od tamtej pory Milena nie dopuszczała do swego serca nikogo. No, może poza jednym wyjątkiem. Jest nim Igor, przyjaciel jej ojca, który od kilku lat jest w związku małżeńskim z Wiktorią, poza którą nie widzi świata. Przynajmniej tak to wygląda. Prawda jest jednak inna, bo on od dawna kocha tylko jedną kobietę. Jest nią Milena. Jednak jak do tej pory nie miał odwagi jej tego wyznać. Jednym z powodów jest duża różnica wieku. Dzieli ich 18 lat i do tej pory ich relacja miała charakter przyjacielski.


Tytuł „Intryga chodzi w szpilkach”, od razu sugeruje, że w tej powieści będziemy świadkami  sekretów, podstępnej gry, a nie tylko rozwoju romansu. Fabuła obfituje w wiele wydarzeń, tytułowych intryg, zwrotów akcji, chociaż żadna z nich nie była zaskoczeniem, bo autorka ukazuje nam historię z kilku perspektyw. Wiadomo jest, kto miesza w relacji bohaterów, kto zagraża i knuje intrygi, oraz kto bierze w tym udział. Ten intrygujący motyw stanowi tło dla tego, co dzieje się między Igorem i Mileną. Jest więc to historia przewidywalna, a jedynym pytaniem jest, co jeszcze im się przydarzy i co jeszcze będą musieli znosić wskutek przebiegłych i niebezpiecznych machlojek jednej osoby. 

Mamy, zatem historię ukazaną zarówno przez głównych bohaterów, ale też żonę Igora, Wiktorię, rodziców Mileny, a nawet oprychów, którzy biorą udział w intrygach. Można, więc zauważyć  podział na dobre i złe charaktery, a to wiąże się z dosyć sporym gronem postaci. Mimo to nie miałam poczucia chaosu w zorientowaniu się z ich tożsamością i rolą, jaką pełnią w tej powieści. Konstrukcja fabuły jest klarowna, dzięki temu, że rozdziały zostały opatrzone tytułami i nie są długie, więc czytanie nie sprawia problemów. Jest równowaga między dialogami i partiami opisowymi, nie czuć przeładowania, a do tego autorka nie przesadza z erotyką, której jest tutaj niewiele.


Pani Beata Stefaniak zwraca uwagę na negatywną moc zazdrości, która w formie chorobliwej może przybrać mordercze wymiary. Pokazuje też, że czasami to, co widzimy na zewnątrz, nie pokrywa się ze stanem faktycznym jakiejś sytuacji. Dotyczy to też oceny samej siebie. Tak jest z Mileną, która nie dba za bardzo o to, w czym chodzi i nawet na imprezę urodzinową przychodzi w adidasach, dresowych spodniach i szerokim swetrze. Dostrzega u siebie wady, które skrzętnie w ten sposób pragnie ukryć, ale nie wie, że mimo to i tak pewien mężczyzna widzi w niej najpiękniejszą kobietę na świecie.

Oczywiście jest to Igor, który ma wprawdzie obok siebie atrakcyjną żonę, ale miłości do niej nie ma ani śladu. Wiktoria zawsze jest elegancka ze starannym makijażem i dbająca o regularne wizyty u chirurga plastycznego, więc to typ kobiety, która dla zatrzymania czasu zrobi wszystko. Wydają się szczęśliwym małżeństwem, ale gdy wnikamy w ich związek, okazuje się, że między nimi jest ogromna przepaść i o miłości nie może być mowy. Czasami mnie irytowała naiwność Mileny i Igora, którzy dawali się wciągać w intrygi, nie łącząc ze sobą pewnych sygnałów i dziwnych zdarzeń. W ogóle nie raz zapominałam, że są to dorośli ludzie i bardziej przypominali mi młodszych wiekiem, niż faktycznie byli.

„Intryga chodzi w szpilkach" to udany debiut, przy którym czas biegnie dosyć szybko ze względu na toczący się splot zdarzeń i mnogość zagrożeń, jaka spada na Milenę i Igora. Ostatnie sceny wyglądają na finał opowieści, ale ja mam niedosyt, bo w trakcie niektórych narracji, wychodzą wątki, które nie zostały pociągnięte. Na podstawie kilku takich wskazówek, możne przypuszczać, że autorka ma pomysł na dalsze losy intryg chodzących w szpilkach.



Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem

Wydanie: I
Data premiery: 08.01.2025r
Ilość stron: 382
Wymiary: 130x210 mm
Okładka: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-8373-551-1
Wydawnictwo: Novae Res
Moja ocena: 4,5/6


środa, 29 stycznia 2025

[18./25] -1731. - "Piosenka ostatniej nocy"


"Piosenka ostatniej nocy"
Joanna Kacprzak
„Gdy komuś przebaczysz, otrzymujesz wolność, ale dopiero wtedy, gdy przebaczysz samemu sobie, dostajesz skrzydeł.”
Wybaczenie krzywd dla wielu osób jest nie do przyjęcia w niektórych sytuacjach, jednak zostało już udowodnione, że ma ono siłę wyzwalającą z matni przeszłości. Bohaterka książki „Piosenka ostatniej nocy” wie o tym doskonale, gdyż została kiedyś zraniona i teraz, po kilku latach, musi poradzić sobie z przeszłością, która daje o sobie znać w najmniej spodziewanym momencie.

Greyson Sheridan i Emory Henderson kochają muzykę i z nią chcą związać swoje dorosłe życie. Wydawało się, że uda im się to zrealizować, bo mają szansę zaistnieć na szerszym polu artystycznym. Sześć lat temu razem tworzyli zgrany zespół muzyczny z grupą przyjaciół, który został zauważony przez wpływowych agentów. Oprócz artystycznych powiązań, Emory i Greysona łączyła wówczas wielka miłość i nie potrafili wyobrazić sobie bez siebie życia, mimo że ten związek niechętnie widział ojciec Emory. Niestety, ich drogi się niespodziewanie rozeszły  w niezbyt miły sposób. Ponownie los ich łączy kilka lat później, gdy biorą udział w festiwalu rockowym „House of Melody”. Ona ma swój zespół o nazwie „Blind Glory”, który dopiero zaczyna karierę, a jego zespół „Kings of Hell” jest sławny i uwielbiany. Dawne żale odżywają, ale i dają o sobie znać uczucia, które wydawały się być już wymarłe.

Wspólna trasa obu zespołów zaczyna zbliżać Emory i Greysona Wiele spraw sobie wyjaśniają, ale niektóre z nich pozostają w ukryciu. Niewątpliwie bohaterka książki ma powody, by mieć żal do swojego byłego chłopaka, ale na szczęście rozumie, że jedynie wybaczenie jemu i sobie może przynieść ulgę. Tym bardziej, że sama także nosi w sobie tajemnicę, którą boi się wyjawić. Wiemy o niej i jej perypetiach poprzez narrację jednostronną, która pokazuje wydarzenia z jej perspektywy, z jednym, małym wyjątkiem, a właściwie dwoma, gdy do głosu dochodzi Greyson, ale w bardzo krótkiej formie. Widać jednak, że autorka wszystko sobie dobrze zaplanowała i pokazywanie wydarzeń z jednej perspektywy tworzy otoczkę tajemnicy wokół niektórych sytuacji.


Historia jest przejmująca zwłaszcza, gdy poznajemy przeszłość Emory i to, co wówczas przeżywała. Także w teraźniejszości sytuacja staje się dla niej coraz bardziej skomplikowana, zwłaszcza, że pojawia się ponownie w jej życiu Greyson, a ona orientuje się, że wciąż jej serce bije dla niego. Z początku dziewczyna tak zasklepiła się w swoim żalu, że nie zamierza go nawet wysłuchać, a więc jest to klasyczny błąd większości bohaterek. Przeszłość i teraźniejszość poznajemy naprzemiennie, więc stopniowo ujawniane są wydarzenia sprzed 6 lat, które wpłynęły na życie obojga bohaterów. Dowiadujemy się też, kto jest kim, bo nie od razu każda postać była nam przedstawiona.

Fabuła z początku ma charakter romansu, ale z dramatycznym tłem, jakie tworzy się wraz z wgłębianiem się w przeszłość. Zresztą, na typowy romans wskazuje opis na okładce, ale w rzeczywistości historia jest pełna emocji, z głębszym sensem, związana nie tylko z uczuciami, ale też wieloma dramatami, z jakimi mierzyli się młodzi, zakochani nastolatkowie. Zwłaszcza przeszłość Emory zgotowana przez despotycznego ojca porusza i działa na emocje intensywnie. W pewnym momencie wkracza wątek thrillera dający poczucie niebezpieczeństwa, gdyż wyraźnie ktoś zaczyna grozić Emory. I tu – klasycznie - ona to bagatelizuje. 

Można, więc w tej powieści zauważyć wiele różnych literackich schematów zarówno w niektórych sytuacjach, zachowaniach, czy rozwinięciu splotu zdarzeń, ale to nie jest coś, co przeszkadza. Bardziej uwierały mnie liczne błędy interpunkcyjne, czy brak spacji między słowami, co psuło mi komfort czytania. Jednak historia była na tyle wciągająca, że przestałam po prostu zwracać na nie uwagę, skupiając się na biegnących wydarzeniach.

Pięknie opisane jest to, co dzieje się między Emory i Greysonem, ale też w ich myślach i sercu. Autorka potrafi sugestywnie i wyraziście oddać wszelkie odczucia, pokazując, że nie trzeba za bardzo rozpisywać się w jakimś temacie. Wystarczy czasami jedno słowo, by oddać stan emocjonalny osoby lub jakąś atmosferę, a w tym przypadku chemię, jaka jest obecna między bohaterami. Do tego powieść jest wypełniona muzyką i tekstami piosenek, które doskonale uzupełniają toczącą się fabułę. W nich zawarte jest wszystko to, co gra w duszy bohaterów. Dopełnieniem ogromu emocji są ostatnie rozdziały, przy których trudno spokojnie usiedzieć oraz dwa epilogi, z których wynika, że to jeszcze nie koniec tej historii. Będę zatem czekała na kontynuację z niecierpliwością. 

Książka „Piosenka ostatniej nocy” to debiut pani Joanny Kacprzak i to bardzo udany, jeżeli chodzi o pomysł, sposób pisania, przemyślane wątki i stworzenie ciekawych, charakterystycznych postaci. Pokazuje m.in. ciemną stronę sławy, która z jednej strony daje ogromne poczucie satysfakcji i radości ze spełnionych pragnień, ale z drugiej narzuca pewne ograniczenia, a przede wszystkim odziera z prywatności. 

Autorka sprytnie przekazała w tej historii własne przemyślenia wkładając je do głowy swoich bohaterów. Porusza w niej ważne i trudne kwestie, takie jak przemoc fizyczna i psychiczna, uzależnienia, wychodzenie z dołka psychicznego, depresja, walka o siebie, uwalnianie się z toksycznych relacji, ale też stawia przed bohaterami sytuacje wymagające podejmowania trudnych wyborów. To także opowieść o spełnianiu marzeń, przyjaźni, pogmatwanych losach ludzi wskutek nikczemności, manipulacji i nieuczciwych intencji, a przede wszystkim o wychodzeniu na prostą i wybaczaniu, nie tylko innym, ale przede wszystkim sobie. 



Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem 

Wydanie: I
Data premiery: 22.01.2025r.
Ilość stron: 444
Wymiary: 130x210 mm
Okładka: miękka
ISBN: 978-83-8373-482-8
Wydawnictwo: Novae Res
Moja ocena: 6/6

wtorek, 28 stycznia 2025

[17./25] -1730. - "Wyspa Luzu" - przedpremierowo

 RECENZJA PRZEDPREMIEROWA

"Nie staraj się zrozumieć wszystkiego, bo wszystko stanie się niezrozumiałe."

Dzisiejszy świat zmusza na do szybkiego życia. Wszystko chcielibyśmy mieć tu i teraz jak najszybciej, Gdy coś na nie wychodzi, dzieje się wbrew naszym oczekiwaniom, wówczas pojawiają się frustracja, niezadowolenia, poczucie zawodu i żalu. Nie potrafimy odpuścić, wyluzować, odpocząć, pozostawić sprawy swojemu biegowi. Tak było w życiu bohaterów książki „Wyspa Luzu”, którzy w pewnym momencie zrozumieli, że „Czasem, by życie nabrało tempa, trzeba... zwolnić”

Natalia Wolska ma zamiar wyjechać do Grecji, po tym, jak rozstała się z Michałem Kryńskim, z którym planowała wziąć ślub. Niestety, nie wszystko potoczyło się tak jak oboje chcieli. Wskutek pewnych wydarzeń, o których dowiadujemy się w trakcie poznawania fabuły, Natalia pragnie zapomnieć o przeszłości i odpocząć od niej na greckiej wyspie i ułożyć sobie życie na nowo. W efekcie pozostaje tam na dłużej. Trudny czas pomógł jej przetrwać Rafał, niedoszły świadek na odwołanym ślubie i kolega Michała z czasów studiów. 

To było pięć lat temu.

Michał Kryński jest absolwentem prawa, ale teraz pracuje w radio prowadząc audycje podróżnicze. Dziś, po pięciu latach od ukończenia studiów wszystko w jego życiu wygląda inaczej. Z przeszłością niewiele go łączy, a już najmniej z jego byłą dziewczyną, Natalią, o której jest przekonany, że go zdradziła i zawiodła w tamtym czasie. Ma teraz okazję spotkać się z kolegami ze studiów, a wśród nich jest Rafał, który postanawia zdradzić Michałowi prawdę o Natalii.

Dawnych kolegów zastajemy w jednej z wrocławskich restauracji, gdy wspominają lata studiów. W pewnym momencie Rafał wyjawia Michałowi prawdę o tym, co wydarzyło się w przeszłości i okazuje się, że wina nie jest po stronie dziewczyny, lecz Michała. Dociera do niego fakt, że to przyczynił się do zakończenia związki z Natalią. Postanawia odnaleźć swoją dawna miłość, więc wylatuje do Grecji z planem zrobienia cyklu reportaży i naprawienia tego, co zepsuł.

To kolejna podróż w niezwykłe i piękne rejony świata zafundowane nam przez panią Jolantę Kosowską. Każda jej powieść zabiera czytelników do różnych krajów, które pokazywane są z nieco innej strony, niż możemy o nich przeczytać na przykład w folderach turystycznych. Tym razem odwiedzamy urokliwą grecką wyspę Kos i wsiąkamy w jej atmosferę, kulturę i smaki. Jest ona tłem dla pokazania historii Michała i Natalii, na których wyspa ma niesamowity wpływ. Nie spotkałam się jeszcze w żadnej powieści, by miejscem akcji była ta niewielka grecka wyspa. Z reguły jest nią Kreta lub Korfu, a po raz pierwszy powieść zabiera czytelnika na wyspę Kos. Została ona przedstawiona tak, że można nabrać chęci na jej odwiedzenie. Zanim jednak tam się udajemy, najpierw dowiadujemy się, co wydarzyło się kilka lat temu między Michałem i Natalią oraz co robią teraz. 

Fabuła wyraźnie ma dwie części: pierwsza dzieje się w Polsce, a druga w Grecji i ta druga część jest znacznie ciekawsza i barwniejsza. Przez prawie połowę powieści mamy rozmowy, wspomnienia tego, co było, krążenia wokół tematu Michała i Natalii. Ta część jest trochę za długa i nie mogłam już doczekać się, aż fabuła przeniesie mnie do Grecji. O ich związku i tym, co ich podzieliło dowiadujemy się stopniowo. Czasami autorka stosuje zbyt opisowe partie materiału, w których opowiada o tych zdarzeniach.

Bardzo podobała mi się część, gdy Michał poleciał do Grecji. Czytało się ją naprawdę z przyjemnością, bo autorka tutaj pokazała swoje zauroczenie wyspą Kos i swój talent do przekazania wrażeń i uroków tego miejsca. Autorka trafnie zestawiła polską mentalność z greckim luzem, ale jednocześnie dała poczuć piękno wyspy, jej dobre, ale i niebezpieczne strony. W trafnie dobranych słowach, z zastosowaniem lekkiego stylu, działających na wyobraźnię sugestywnych słowach oddaje osobowość Greków, ich podejście do życia, kulturę, zapierające dech krajobrazy, zapachy roślin i smak tradycyjnych potraw, ale też potrafi doskonale oddać emocje, jakie towarzyszą bohaterom w różnych sytuacjach.

"Wyspa Luzu" to kolejna ujmująca powieść z urokliwymi zakątkami, która opowiada o błędach, jakie popełniamy w życiu, które potrafią nieźle w nim namieszać. Jednak wszystko można naprawić, jeżeli pozwolimy miłości dojść do głosu. Czasu nie cofniemy, ale możemy zrobić wszystko, by przyszłość była lepsza od przeszłości. Pani Jolanta Kosowska napisała romantyczną historię pokazując, że często kłócimy się o drobiazgi, przejmujemy drobnymi niepowodzeniami i problemami, jakie zdarzają się w życiu, a zbyt rzadko doceniamy chwilę, cieszymy się tym, co mamy. Skoro nie możemy czegoś zmienić i nie mamy na to wpływu, nie ma potrzeby się tym przejmować.

Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem 

PREMIERA JUŻ 5 LUTEGO 2025 ROKU!

Wydanie: I
Data premiery 05.02.2025r.
Ilość stron: 266
Wymiary: 130x210 mm
Okładka: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-8373-509-2
Wydawnictwo: Zaczytani
Moja ocena: 6/6



niedziela, 26 stycznia 2025

[16./25] -1729. - "Odważ się być NIEgrzeczną!"


"Odważ się być NIEgrzeczną!"
Wilcza Córa
„Jeżeli leżysz naga obok faceta i marzniesz, to lepiej się ubierz, bo się przeziębisz”
Rutyna, to coś, co wkrada się w codzienność, gdy każdego dnia wykonujemy określone zadania wyznaczające rytm naszego życia i nawet nie zauważamy, jak wpadamy w pewne schematy zabierające nam najlepsze lata. Po czasie, oglądając się za siebie, dostrzegamy, jak wiele straciliśmy. Bohaterka książki „Odważ się być NIEgrzeczną” także funkcjonuje w sztywnych ramach i jest przekonana, że tak jest jej z tym dobrze.

Jagoda Laskowska zwana przez wszystkich Jeżyną to typ grzecznej dziewczynki. Zawsze była dzieckiem nierozrabiającym, posłusznym, spełniającym oczekiwania innych, tylko nie swoje. Tak się do tego przyzwyczaiła, że podobnie postępuje w dorosłym życiu. Mając 30 lat, niewiele się zmieniła. W jej mieszkaniu każda rzecz ma swoje miejsce, książki stoją w równym rządku i są to tytuły związane tylko z ekonomią, w szafie wiszą nijakie, klasyczne, szarobure stroje, bez wyrazu, płaskie obuwie i tylko jedna para butów na wysokim obcasie. Na co dzień włosy są upięte w ciasny kok tak, by żaden kosmyk się nie wysunął, a to wszystko uzupełniają ubrania zapięte pod samą szyję guzik. Jeżyna stroni od ludzi. Najważniejsze są cyferki, bo Jeżyna pracuje w biurze rachunkowym, a najbardziej ceni sobie spokój ciszę i czas spędzany tylko ze sobą przy ulubionych filmach. Jednym słowem: NUDA.


Nic dziwnego, że jest sama, a jej ostatni chłopak poszukał sobie atrakcyjniejszej, bardziej kolorowej partnerki. Niestety, okazało się, że jest nią koleżanka z pracy, która poza urodą, nie grzeszy wprawdzie inteligencją, ale jest przeciwieństwem Jeżyny w każdym innym aspekcie. 

Wszystko zmienia się pewnego dnia, gdy po śmierci ukochanej babci Gabi, w jej albumie ze zdjęciami znajduje kopertę z listem. Od tej chwili w życie Jeżyny, ku jej przerażeniu, wkracza chaos. Początkiem życiowego huraganu staje się zalanie mieszkania sąsiadki, które to wydarzenie pociąga za sobą kolejne, niczym w układance z kostek domina. Gdy poruszyć jeden element, on wyzwala całą lawinę zdarzeń.

Jeżyna wciąż ma postawę zachowawczą, często boi się zrobić krok do przodu i zachowuje się jak małolata, a nie jak dojrzała kobieta. Z początku było to nawet zabawne, ale to jej przełamywanie zasad trwało dla mnie zbyt długo i już zaczęło mnie w pewnym momencie denerwować. Najchętniej bym nią potrząsnęła mówiąc „Kobieto! Zacznij w końcu żyć!”, bo jak do tej pory to tylko egzystowała. Natomiast doceniam w niej inteligencję i cięte riposty, pokazujące, że ma w sobie iskrę i potrafi stawić odważnie czoła osobom grającym na nerwach, jaką na przykład jest pewna kocica w pracy zwana Gosią.

Bardzo polubiłam brata Jagody, Filipa i jej przyjaciółkę Kalinę. Oboje wprowadzają w życie Jeżyny  radość i motywują do działania. Podobnie zresztą jak sąsiadki, które mają w sobie więcej energii, entuzjazmu i spontaniczności, niż główna bohaterka. Najbardziej podobały mi się wszelkie ich mądrości uzupełniające złote myśli cioci Marysi i babci Gabi, z których ta ostatnia. wciąż wydaje się mieć wpływ na swoją wnuczkę, mimo że przebywa już w innym wymiarze.


„Odważ się być niegrzeczną” to bardzo udany debiut w postaci romantycznej komedii napisanej z lekkością, polotem i humorem. Przekazuje wiele mądrych przekazów i pomysłowo sformułowane znane prawdy życiowe. To dobrze napisana przez młodą pisarkę pod intrygującym pseudonimem Wilcża Córa, pod względem opowieść.  Ma w sobie wiele pogody ducha, optymizmu i życiowych wskazówek, które mogą być drogowskazami dla każdego. Jedynym minusem jest brak myślników przed niektórymi zdaniami w dialogach  i brak podziału na rozdziały. Są tylko odstępy między kolejnymi epizodami, a to na dłuższy czas bywa męczące i jest to forma, której osobiście nie lubię, gdyż tekst wydaje się mało czytelny. 

To historia pachnąca pierogami z truskawkami polanym musem, herbatką z odrobiną wanilii i imbirem oraz stokrotkami, które przewijają się przez całą fabułę. Autorka opowiada przede wszystkim o odwadze. Doradza, by wyjść poza poukładane, sztywne granice, motywując do realizowania własnych pragnień i marzeń, ale przede wszystkim do korzystania z życia pełnymi garściami. Szkoda bowiem życia na nudę, więc trzeba z niego czerpać ile się da, brać to, co nam niesie najlepszego, cieszyć się każdą chwilą, nie przegapiać ważnych wydarzeń, otworzyć się na miłość, by jej nie przegapić i żeby niczego nie żałować. Powieść skierowana jest do wszystkich, którzy wciąż tkwią w swojej strefie komfortu i boją się cokolwiek zmieniać. Pokazuje jeszcze jedną ważną kwestię:, że wiek to tylko liczba i starszym człowiekiem można być nawet mając trzydzieści lat. Czasami warto trochę zaszaleć, podjąć odważne decyzje, by po wielu latach, patrząc wstecz na minione lata, powiedzieć sobie, że mieliśmy wspaniałe życie i niczego nie żałujemy.



Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem

Wydanie: I
Data premiery: 24.12.2024r.
Ilość stron: 324
Wymiary: 130x210 mm
Okładka: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-8373-385-2
Wydawca: Novae Res
Moja ocena: 5/6

piątek, 24 stycznia 2025

[15./25] -1728. "Zabójczy Święty Mikołaj"


"Zabójczy Święty Mikołaj"
Mavis Doriel Hay
„nigdy nie wiadomo, co ktoś może zrobić”
Boże Narodzenie spędzone w wiejskiej rezydencji w pięknych okolicznościach przyrody, w rodzinnym gronie? Czemu nie? To brzmi kusząco. To czas spotkań, ubierania choinki, dekorowania domu i otoczenia błyszczącymi ozdobami, światełkami tworzącymi klimatyczną, magiczną atmosferę. Jest to radość szczególnie dla małych dzieci, które oczekują wizyty Świętego Mikołaja. Ta postać zawsze kojarzy się z czymś dobrym, miłym i sympatycznym, a przede wszystkim z prezentami, lecz bohaterom książki „Zabójczy święty Mikołaj” z pewnością nabrał on bardziej mrocznego znaczenia. 

Jest Boże Narodzenie 1934 roku, gdy do posiadłości Flaxmere przyjeżdża rodzina sir Osmonda Melbury’ego. Gdyby wiedział, że to będą jego ostatnie w życiu święta, z pewnością byłby bardziej ostrożny, a tak morderca wykorzystuje okazję, by pozbawić go życia. Jak, kto i dlaczego? Tego nie wiadomo prawie do końca.


Niedawno przeczytałam książkę „Portret mordercy”, która też została wydana w latach 30. XX wieku, tak jak "Zabójczy Święty Mikołaj" W niej także odbył się rodzinny zjazd zorganizowany przez seniora rodu, który zostaje zamordowany, ale na tym podobieństwo się kończy. Wówczas niemal od razu wiedzieliśmy kto zabił, teraz na odkrycie sprawcy musimy poczekać do końca.

Zarówno kryminał pani Meredith, jak i pani Hay wpisuje się idealnie w kanon narzucony i modny w tzw. Złotym Wieku brytyjskiej powieści detektywistycznej, który zaistniał w latach 20. i 30. XX wieku. Nadawał on określony charakter powieściom pisanym przez wielu ówczesnych pisarzy. Zawsze w ich kryminalnych historyjkach pojawiał się w pewnym momencie jakiś śledczy, policjant, detektyw, który podążał tropem zagadek, by złożyć w całość wszystkie elementy układanki. Mistrzynią w tym była niewątpliwie Agatha Christie i jej Herkules Poirot, czy Arthur Conan Doyle twórca najbardziej chyba znanego detektywa - Sherlocka Holmesa.

Podobny kanon można zauważyć w kryminale stworzonym przez Mavis Doriel Hay, która wyraźnie wzorowała się na znanych już wówczas pisarzach tego gatunku. Umieściła  w urokliwym dworku grupę ludzi związanych ze sobą więzami rodzinnymi, ale nie tylko takimi, bo także uczuciowymi i emocjonalnymi.


Najpierw autorka narysowała tło, otoczenie, przedstawiła w charakterystyczny sposób poszczególnych członków rodziny i ich otoczenia, byśmy mogli sami wywnioskować, kto mógłby chcieć zabić gospodarza domu, do którego przybyli, by świętować bożonarodzeniowy czas. Konstrukcja fabuły przypomina poznawanie jakiegoś miejsca: najpierw oglądamy otoczenie budynku, ogród, dróżki, potem zwracamy uwagę na fasadę, potem na wejście, hol i poszczególne pomieszczenie i meble, a to wzbudza w ans jakieś konkretne wrażenie, ale tylko powierzchowne, bez wgłębiania się w zakamarki. Dopiero bliższe przyjrzenie się wnętrzu sprawia, że dostrzegamy rysy, brudne plamy czy kurz. I tak jest z powieścią „Zabójczy święty Mikołaj”, gdy na tle rodzinnych koneksji, problemów, powiązań, sympatii i antypatii, ginie nagle sir Osmond Melbury.


Pierwsze rozdziały wprowadzają nas w klimat świąt i przedstawiają charakter rodziny Melbury oraz poznajemy wydarzenia poprzedzające odkrycie zbrodni. Opowiada o nich kilka osób zaproszonych na święta, a gdy dochodzi do morderstwa, wezwany zostaje pułkownik Halstock, komendant Policji w Haulmsnire. Jest on postacią, która prowadzi nas przez swoje śledztwo, a my mamy możliwość razem z nim odkrywać ślady, poukładać zebrane dowody i fakty i w efekcie odkryć, kim jest zabójca. Mamy zatem okazję zobaczyć metody i działania śledcze policji, które najczęściej polegały na umiejętnościach dedukcyjnych, opartych na zebranych śladach, faktach i dowodach, wśród których chociażby daktyloskopia była nowością, mimo że została stworzona już pod koniec XIX wieku.


„Zabójczy święty Mikołaj” to powieść, która bardziej przypomina znane klasyki kryminału, mimo że na początku można odnieść inne wrażenie. Wpisuje się w modę, jaka panowała w latach międzywojennych na zagadki popełnianych morderstw, najczęściej w jakiejś zamkniętej społeczności i w jednym miejscu. Pojawia się dosyć dużo postaci, więc dla dobrego rozeznania się, kto jest kim, autorka stworzyła na początku listę występujących w powieści osób ukazując ich powiązania rodzinne i nie tylko, oraz zamieściła schemat planu parteru domu, na którym dzieje się większość akcji.

Fabuła toczy się niespiesznie, zwłaszcza w pierwszych kilku rozdziałach i stopniowo wciągając w kolejne wydarzenia, które coraz bardziej gmatwają sytuację. Razem z pułkownikiem Halstockiem analizujemy sytuację, łączymy elementy układanki, przyglądamy się rodzinie, służbie, czyli aktywnie uczestniczymy w śledztwie. Wartością dodaną tej powieści jest jej autentyczność ze względu na postać autorki, która tworzyła w latach międzywojennych, a więc doskonale znała ówczesne środowisko, więc w swojej powieści realnie nakreśliła angielskie społeczeństwo, ukazując ich różne warstwy, status materialny, egzystencjalny i rodzinny.

W opisie na tylnej stronie okładki książki „Zabójczy święty Mikołaj” można przeczytać, że to  „pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów klasycznych kryminałów” , ale też dla tych, którzy szukają w nich trochę więcej, niż tylko rozwiązania zagadki morderstwa, więc do takich czytelników jest ona skierowana w dzisiejszych czasach.



Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem

Data wydania polskiego: 26.11.2024r.
Data pierwszego wydania angielskiego: 01.01.1936r.
Data premiery angielskiej: wznowienie 2013r/2017/ 2018 r.
Ilość stron: 310
Wymiary: 140x205 mm
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Tytuł oryginalny: The Santa Klaus Murder
Tłumacz: Ewa Horodyska
ISBN: 978-83-8335-416-3, 9788383354163
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Moja ocena: 5/6

czwartek, 23 stycznia 2025

[14./25] -1727. - "Bridgertonowie" Tom II


"Ktoś mnie pokochał"
cykl: Bridgertonowie
Tom drugi
Julia Quinn
"Żyj każdą chwilą tak, jakby miała być twoją ostatnią, a każdym dniem, jakbyś był nieśmiertelny"

W pierwszym tomie cyklu o rodzinie Bridgertonów poznaliśmy wszystkich członków tego rodu, a najbliżej Daphne, której był poświęcona część pt.: „Mój książę”, ale zawsze gdzieś wokół niej byli bracia, spośród których Anthony wzbudził u mnie najmniej sympatii swoją nadopiekuńczością wobec siostry. Jego wizerunek w moich oczach nieco złagodniał wskutek historii, którą poznałam w drugim tomie cyklu „Bridgertonowie”, noszącego tytuł: „Ktoś mnie pokochał”. Niezawodna lady Whistledown w swojej „Kronice Towarzyskiej” napisała o nim, że „Antonhy Bridgerton jest Rozpustnikiem”, a są dwa rodzaje rozpustników. Według niej są rozpustnicy i Rozpustnicy, więc najstarszy z rodzeństwa Bridgertonów należy do tego drugiego rodzaju, a to oznacza, że „Rozpustnik wie, że stanowi zagrożenie dla kobiet”.


Jest 1814 rok i właśnie zaczyna się nowy sezon, który dla wolnych panien oznacza szansę na znalezienie męża. Do granicy staropanieństwa (21 lat!) zbliża się Kate Sheffield, jednak nie za bardzo zależy jej na zamążpójściu. Natomiast duże szanse w tym kierunku ma jej piękna młodsza siostra Edwina, której często towarzyszą liczni adoratorzy. Sława o jej urodzie dociera do zatwardziałego kawalera Anthony’ego Bridgertone’a. Dojrzał on do tego, że powinien znaleźć sobie odpowiednią żonę, która będzie miała określone cechy.

Najważniejszą z nich jest, by przyszła partnerka życiowa nie zakochała się w nim a on w niej. Wicehrabia jest bowiem przekonany, że umrze młodo, tak jak jego ojciec, i nie chce pozostawiać po sobie żalu. Edwina wydaje się doskonałą kandydatką. Jest wprawdzie uroczą, zgrabną i śliczną dziewczyną ale Anthony nie czuje do niej głębszych uczuć. Na drodze do zrealizowania jego planów stoi Kate Sheffield, z której zdaniem liczy się Edwina w każdej kwestii. A Kate wie, że wicehrabia nie jest dobrym kandydatem na męża ze względu na jego niepochlebną opinię hulaki i rozpustnika.


Książka „Ktoś mnie pokochał” to powieść, która ma wszelkie atuty dobrego romansu historycznego, gdzie dosłownie możemy zintegrować się z postaciami, światem, w którym żyją, zwyczajami, obyczajami, kulinarnymi smakami, modą a nawet grami towarzyskimi. Pewną ważną rolę odgrywa tu jedna z nich zwana Pall Mall, w którą namiętnie grywają Bridgertonowie każdego roku, traktując ją jako okazję do rodzinnych spotkań i wzajemnej rywalizacji.

Konwencja tej części przypomina pierwszy tom, gdyż każdy z rozdziałów poprzedza artykuł zamieszczony w „Kronice Towarzyskiej”, w której lady Whistledown pisze o bieżących ciekawostkach i plotkach. Nadal jej prawdziwa tożsamość pozostaje w cieniu i nikt nie wie, kim jest ta dobrze poinformowana dama, nikt nie wie, ale nawet ona nie była w stanie przewidzieć rozwoju wydarzeń związanych z wicehrabią Anthonym Bridgertonem i Kate Sheffield.


Druga część z serii "Bridgertonowie" to wspaniała gra uczuć, emocji, eterycznej chemii, drżenia serc i wzajemnej fascynacji. Mieszanka humoru, różnorodnych emocji i wartka akcja tworzy niezwykle urozmaicony koktajl literacki osadzony na początku XIX wieku. Jak na rasowy romans przystało, nie brakuje w niej scen erotycznych ale jest ich niewiele i zostały przedstawione delikatnie, z finezją i smakiem, bez wulgaryzmów czy beznamiętnych szczegółów anatomicznych.

Fabuła została zbudowana na schemacie dwóch przeciwieństw i początkowej, wzajemnej niechęci bohaterów, która przeradza się w fascynację i głębsze uczucie z przewidywalnym zakończeniem. Lekkie pióro Julii Quinn sprawia, że przez kolejne rozdziały płynie się niczym nurtem wartkiej rzeki, który niesie nas poprzez spójnie skonstruowaną intrygę. Sposób prowadzenia uwagi czytelnika i opisywania tego, co dzieje się w umysłach, ciele i duszy bohaterów pozwala zatracić się w ich świecie, niemal namacalnie dotknąć dziewiętnastowiecznych realiów i z podekscytowaniem śledzić perypetie zakochanych. Subtelność, ale i namiętność, pożądanie, fascynacja ale też zabawne sytuacje i dialogi tworzą niezwykle barwną a jednocześnie delikatną sieć wątków i niespodziewanych wydarzeń.

Julia Quinn udowodniła, że doskonale zna oczekiwania swoich czytelników, niczym lady Whistledown, która wie, co interesuje czytelników i do tego, jak ważne jest dobre zakończenie jakiejś historii. Czasami bowiem zdarza się, że w niektórych książkach nie jest ono satysfakcjonujące albo jesteśmy ciekawi, dalszych losów poznanych i polubionych postaci. Dlatego na końcu powieści "Ktoś mnie pokochał" także czekają na nas dwa epilogi, podobnie jak w pierwszym tomie. Autorka pokazała, że dla miłości nie ma rzeczy niemożliwych i jeżeli ktoś jest sobie przeznaczony, to miłość znajdzie drogę do ich serc.

Recenzja tomu I "Mój książę"
Recenzja tomu III: "Propozycja dżentelmena"
Recenzja tomu IV: "Miłosne tajemnice"
Recenzja tomu V: "Oświadczyny"
Recenzja tomu VI: "Grzesznik nawrócony"
Recenzja tomu VII: "Magia pocałunku" 
Recenzja tomu VIII "Ślubny skandal"

Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem 

Data premiery z barwionymi brzegami: 03.12. 2024r.
Data premiery w miękkiej oprawie: 9 marca 2021
Data pierwszej premiery angielskiej: 05.12.2000r.
Ilość stron: 480
Oprawa: twarda
Wymiary: 140x205 mm
Tytuł oryginalny: Viscount who loved me
Tłumaczenie: Agnieszka Kowalska, Katarzyna Krawczyk
ISBN: 978-83-8335-415-6
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Moja ocena: 6/6


wtorek, 21 stycznia 2025

[13./25] -1726. - "Bridgertonowie" Tom I


"Mój książę"
cykl: Bridgertonowie
Tom pierwszy
Julia Quinn

„Z nawróconych rozpustników 
bywają najlepsi mężowie.”

Romanse historyczne to gatunek literacki, który cieszy się powodzeniem u wielu czytelniczek. Z pewnością dlatego, że jest to, poza oczywistym wątkiem miłosnym, możliwość odbycia podróży w czasie i oderwania się od naszego, współczesnego świata. Książka „Mój książę” zabiera nas do świata londyńskiej arystokracji i pozwala poczuć atmosferę dawnych dni.

Wraz z jej bohaterami przenosimy się do roku 1813, a dokładnie do 26 kwietnia 1813 roku, o czym informuje gazetka „Kronice Towarzyskiej” redagowana przez tajemniczą lady Whistledown. To ciekawym element łączący wszystkie rozdziały powieści, który poprzedza wydarzenia danej części lub je komentuje. Nikt nie wie, kim jest autorka tekstów, ani skąd czerpie wiedzę o wydarzeniach londyńskiej socjety, ale czasami podaje takie szczegóły, które wprawiają czytających w zdumienie. Forma tych doniesień ma charakter plotkarski, ale informacje są zbliżone do prawdy i możemy to zweryfikować, poznając szczegóły danego wydarzenia.


Z tej plotkarskiej gazetki dowiadujemy się, że „Bridgertonowie są bez dwóch zdań najbardziej płodną rodziną wśród socjety.” Ośmioro rodzeństwa charakteryzuje się kasztanowymi włosami, co jest powodem do współczucia, że wicehrabina „nie powiła bodaj jednego dziecka o nieco modniejszej kolorystyce.” I to jest powodem, że tak trudno znaleźć korzystną partię dla jej potomstwa. Wśród tego potomstwa jest Daphne (ur. w 1792 roku), która jest już w odpowiednim wieku (21 lat), by wyjść za mąż, a taką możliwość na znalezienie chętnego kawalera dają bale. I jeżeli taki się nie znajdzie, grozi jej staropanieństwo. 

Dziś, takie zasady brzmią dla młodych singielek śmiesznie i nie są do przyjęcia, jednak 200 lat temu dla kobiety najważniejsze było wyjść dobrze za mąż i to nie musiało wiązać się z miłością. Co najwyżej z przyjaźnią, o czym świadczy małżeństwo matki Daphne, Violetty Bridgerton. To wspaniała osoba, której zalety dostrzegamy w trakcie poznawania kolejnych epizodów. Nie raz byłam pełna podziwu dla jej punktu widzenia i reakcji na niektóre sytuacje.

Ta sama „Kronika Towarzyska” donosi, że „nowy książę Hastings to niezwykle interesujące postać” i dalej, że to „rozpustnik znany wcześniej, jako lord Clyvedon, uznał wreszcie za stosowne zaszczycić Londyn swoją obecnością” po sześciu latach nieobecności, przejmując tytuł księcia Hastings. Nikt jednak nie wie, dlaczego Simon Basset, książę Hastings, nie był nigdy ze swoim ojcem w dobrych relacjach, a do tego jest jego tajemnicą, dlaczego nie zamierza nigdy się ożenić. My dowiadujemy się o niektórych zdarzeniach z jego dzieciństwa w prologu, dzięki czemu możemy lepiej go zrozumieć. 


Simon i Daphne spotykają się na przyjęciu zorganizowanym przez lady Danbury, w dość nietypowych i zabawnych okolicznościach, co jest początkiem ich wzajemnej fascynacji. Niestety, były to czasy, gdy niestosowne były zbyt śmiałe zachowania młodych kobiet, a już nie do pomyślenia było przebywać z mężczyzną sam na sam, nie mówiąc już o jakichkolwiek innych poufałościach. I to wyłania się z tej historii, gdy autorka pokazuje dawne konwenanse, ograniczenia, narzucane formy zachowania,  które dziś byłoby trudno zaakceptować. 

Fabuła została oparta na znanym schemacie udawania związku i wrzucona w realia angielskiej arystokracji XIX wieku, a to nadaje mu zupełnie innej jakości. Simon nie może odpędzić się od namolnych matek prezentujących mu swoje córki, natomiast Daphne nie jest adorowana w takiej ilości kandydatów, jak by chciała. Uzgadniają, że mogą sobie pomóc, gdy oficjalnie wszyscy dowiedzą się, że książę stara się o rękę Bridgertonówny. 


Urocza to słowo, które kojarzy mi się z pierwszą częścią cyklu o Bridgertonach, ale mimo to pobrzmiewają w niej też klimaty dramatyczne, zwłaszcza jeżeli chodzi o Simona. Okazuje się też, że książę nosi w sobie demony, które wpływają na jego decyzje i życie. Jego dzieciństwo odcisnęło na nim mocne piętno do tego stopnia, że pozostawiło w nim nienawiść do własnego ojca, ale też spowodowało zadeklarowanie sobie pewnej obietnicy, której jak dotąd pozostawał wierny. 

Poza wątkiem relacji między głównymi bohaterami, wyłaniają się też zwyczaje i obyczaje, ukazujące, jak ważna jest edukacja odpowiedniego zachowania, ale też uświadamiania seksualnego. Świetnie zostało to ujęte, gdy przyszedł moment, żeby Violetta uchyliła swojej córce rąbka sekretów małżeńskiej alkowy, co przychodzi jej z trudem, a to wzbudza u Daphne  niepotrzebne obawy o stres, bo nie wie, czego ma się spodziewać. 

Julia Quinn ujęła mnie swoim stylem, dzięki któremu nadała nieco barwnego charakteru znanym schematom. Wzrusza, bawi, zaciekawia, intryguje, czyli dostarcza nam mnóstwo emocjonalnych i ekspresyjnych sytuacji. To opowieść o miłości, która rodzi się wbrew wszelkim przeszkodom i niechęci, ale o odwadze w radzeniu sobie z własnymi demonami i trudnymi doświadczeniami z przeszłości.  Wisienką na torcie są dwa epilogi, a w jednym z nich autorka ujawnia losy bohaterów po upływie dwudziestu lat.

Pisząc o książce nie sposób wspomnieć o serialu pod tym samym tytułem, który ukazywał się latach 2020 – 2024. Niestety, dosyć mocno twórcy zaingerowali w postacie i z tego powodu nie oglądałam go w ogóle, gdyż patrząc na obsadę aktorską, nie odpowiadały mi wizerunki postaci. Na przykład książę Simon Basset, który w książce jest niebieskooki, przystojny, o ciemnych włosach i jasnej cerze, w filmie przybrał postać ciemnookiego mężczyzny o ciemnej karnacji i ciemnymi oczami, więc kłóci się to wyraźnie z wizerunkiem stworzonym w powieści. Ogromnie nie lubię takich ingerencji, a do tego doczytałam się, że zmiany dotyczą nie tylko wyglądu postaci, ale też niektórych wątków, więc to już w ogóle jest nie do przyjęcia.


Książka „Mój książę” miała swoją angielską premierę w 2000 roku i doczekała się kilku wznowień. Ustaliłam, że: w Polsce po raz pierwszy ukazała się, dzięki wydawnictwu Pol-Nordica i Amber w 2000 roku, a następnie w 2010 roku i 2014 roku też wydawnictwo Amber, ale dopiero w 2021 roku cykl został wydany przez Zysk i S-ka i wznowiony w 2024 roku też przez Zysk i S-ka. I to ostatnie wydanie uzyskało świetną oprawę z piękną, elegancką grafiką na okładce zrobioną z twardego materiału. Do tego książka została wzmocniona przez zszywane brzegi, ozdobiona złoconymi detalami i kolorowymi, barwionymi brzegami. Gdy na półce zagoszczą wszystkie tomy cyklu Bridgertonowie, wówczas ich brzegi ułożą się w obrazek z urokliwą posiadłością.

Recenzja tomu II: "Ktoś mnie pokochał"
Recenzja tomu III: "Propozycja dżentelmena"
Recenzja tomu IV: "Miłosne tajemnice"
Recenzja tomu V: "Oświadczyny"
Recenzja tomu VI: "Grzesznik nawrócony"
Recenzja tomu VII: "Magia pocałunku" 
Recenzja tomu VIII "Ślubny skandal"

Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem

Data premiery w Zysk i S-ka: 05.01.2021r. i 3 kwietnia 2024r.
Data premiery z barwionymi brzegami: 03.12.2024r.
Data premiery angielskiej: 05.01.2000r.
Ilość stron: 480
Oprawa: twarda
Format: 140x205 mm
ISBN: 978-83-8335-391-3
Tytuł oryginału: The Duke and I
Tłumacz: Wiesław Lipowski i Katarzyna Krawczyk
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Moja ocena: 6/6