piątek, 27 lutego 2026

[40/26] - 1978.: "Podróż przez czas" - Tom III - "Ciemne słońce"


"Ciemne słońce"
Seria: Podróż przez czas
Tom trzeci
Éric-Emmanuel Schmitt

"kiedyś apokalipsa należała do proroczych wyobrażeń,
 obecnie natomiast sygnały świadczące o jej nadejściu 
rozprzestrzeniają się w rzeczywistości."

Myślę, że każdy z nas choć raz zastanowił się, jak to by było żyć wiecznie. Nie starzeć się, nie żegnać bliskich, nie bać się końca. Nieśmiertelność kusi jak obietnica nieskończonych możliwości — czasu na wszystko, szansy na naprawienie błędów, życia bez pośpiechu. Od wieków ludzie marzyli o eliksirach życia, kamieniu filozoficznym, boskiej łasce, która pozwoliłaby przekroczyć granicę śmierci. Budowali piramidy, tworzyli mity, zapisywali się w historii, jakby w ten sposób mogli oszukać przemijanie. A jednak im dłużej o tym myślę, tym częściej dochodzę do wniosku, że wieczność mogłaby być nie darem, lecz ciężarem.

Właśnie z takim ciężarem mierzy się Noam w serii "Podróż przez czas", której trzeci tom nosi tytuł "Ciemne słońce". Budzi się po raz kolejny, z pamięcią wszystkich poprzednich wcieleń, wszystkich śmierci i wszystkich utraconych nadziei. Tym razem trafia do Memfis — miasta potężnego, dusznego, pełnego kontrastów. Zostaje uznany za wcielenie Ozyrysa, pana życia i śmierci, co w świecie obsesyjnie czczącym wieczność czyni go jednocześnie cudem i zagrożeniem. Schmitt prowadzi nas przez przybytki rozkoszy, Dom Umarłych, hebrajskie dzielnice i pałac faraona, splatając mit z historią, a biblijne wydarzenia z osobistym dramatem bohatera.


Tak jak w poprzednich dwóch tomach, również tutaj wydarzenia rozgrywają się w dwóch przestrzeniach czasowych. Pierwsza z nich, oznaczona jako INTERMEZZO, to współczesność, a potem dopiero fabuła przenosi nas w czasie w kolejnych rozdziałach danej części. Podobnie jest z narracją, która także ma dwie formy. Ta prowadzona w starożytności ma formę pierwszoosobową z perspektywy Noama, natomiast prowadzona współcześnie przechodzi w perspektywę trzecioosobową, ale też skupia się na Noamie.

Ta część otwiera się w momencie, gdy Noam przebywa w Sztokholmie, w apartamencie hotelu Strand, gdzie spisuje swoje dotychczasowe przeżycia. Wcześniej towarzyszyliśmy mu w Bejrucie, teraz jednak los prowadzi go do stolicy Szwecji – miasta, w którym mieszka także Nura. Choć ich drogi znów się przecinają, nie są razem. Nura jest żoną Svena Thorstena i wspólnie wychowują piętnastoletnią córkę Brittę.


Britta to dziewczyna zaangażowana, odważna, bezkompromisowa. Aktywnie działa na rzecz ratowania Ziemi, głośno krytykuje destrukcyjne działania władzy i społeczeństwa. Jej wystąpienia budzą skrajne emocje – jedni ją podziwiają, inni nienawidzą. W dniu, w którym rozpoczyna się ta część historii, Britta zostaje zaatakowana przez motocyklistę, który wyraźnie miał zamiar pozbawić ją życia. Ratuje ją Noam, towarzyszący rodzinie Thorstenów. Nura dostrzega na kasku napastnika symbol związany z Setem, odwiecznym wrogiem Izydy i Ozyrys, ale też Nury i Noama, gdyż Set to egipskie wcielenie Dereka, który także ma dar nieśmiertelności. Wykorzystuje go jednak w destrukcyjny sposób i wciąż zagraża ich życiu, a teraz okazuje się być też w Szwecji.


Autor prowadzi fabułę w sposób, który pozwala niemal poczuć duszność miasta rozgrzanego słońcem, ciężar kamienia, z którego wznoszone są świątynie, oraz napięcie religijno-politycznych intryg. Memfis to przestrzeń kontrastów: przybytki rozkoszy sąsiadują z Domem Umarłych, hebrajskie dzielnice żyją własnym rytmem, a pałac faraona pulsuje ambicją i lękiem o utrzymanie władzy. Historia Ozyrysa i Izydy splata się z opowieścią o Mojżeszu, a wydarzenia znane z Biblii zostają wplecione w osobistą tragedię Noama. Autor nie rekonstruuje mitu w sposób podręcznikowy – raczej wnika w jego sens, pokazując, jak rodzą się wierzenia i jak łatwo stają się narzędziem kontroli.

Relacja Noama i Nury osiąga w „Ciemnym słońcu” wyjątkową intensywność. Ona w każdym wcieleniu jest świeża, pełna pasji, wolna od ciężaru przeszłości. On niesie w sobie pamięć wszystkich ich spotkań, kocha ją mimo różnych ról, jakie odgrywają. Współczułam Noamowi, gdyż widać, że obecna rola nie jest dla niego łatwa, gdyż musi patrzeć na ukochaną kobietę w związku z innym mężczyzną. Jednak wie, że ma tutaj inną rolę. Natomiast Nura wydała mi się nijaka, mało wyrazista, nieszczera i trudno zrozumieć, jaką toczy grę w tej historii.


W trzeciej odsłonie ośmiotomowego dzieła pt.: „Ciemne słońce” umacnia się przekonanie, że ludzkość popełnia wciąż te same błędy, zmieniając jedynie dekoracje i narzędzia. To opowieść o blasku i cieniu – o słońcu symbolizującym potęgę cywilizacji oraz o mroku, który kryje się w jej fundamentach. Po zamknięciu książki pozostaje nie tyle odpowiedź, ile niepokój i oczekiwanie na kolejny wschód, który być może przyniesie inne spojrzenie na sens tej niekończącej się podróży przez czas.

Ogromnym atutem powieści "Ciemne słońce", jak i całej serii jego filozoficzny wymiar poszczególnych tomów. Pan Éric-Emmanuel Schmitt pokazuje, że choć zmieniają się stroje, języki i technologie, ludzkie pragnienia pozostają niezmienne. Ambicja, żądza władzy, potrzeba wiary i lęk przed końcem świata powracają w kolejnych odsłonach dziejów, jakby historia wciąż krążyła po tym samym torze. Autor zdaje się sugerować, że rozwój cywilizacyjny nie oznacza moralnego postępu, a  raczej doskonalenie scenografii dla tego samego dramatu, który ludzkość odgrywa od tysięcy lat. 

Przede wszystkim jednak stawia pytania o pamięć tego, co przeżyliśmy, o przeznaczenie i o ciężar ludzkich decyzji. To opowieść o miłości, która potrafi trwać ponad czasem, nawet wtedy, gdy wszystko inne przemija. Jeżeli jest to prawdziwe uczucie, okazuje się być jednocześnie siłą, która łączy ze sobą dwie przeznaczone sobie dusze, bez względu na okoliczności i czas. Nasuwa się przy tym refleksja, że życie bez końca nie byłoby dla nas szczęśliwym rozwiązaniem, gdyż  wówczas nie potrafilibyśmy docenić tego, co przeżywamy. Okazuje się, że człowiek potrzebuje określonych granic, by cokolwiek miało wartość.

Recenzja tomu I "Raje utracone"
Recenzja tomu II "Brama do nieba"
Recenzja tomu IV "Światło szczęścia"

Książkę przeczytałam w ramach współpracy
 z  PRart Media Bogna Piechocka
i wydawnictwem 


Wydanie: I
Data premiery: 15.01.2025r.
Data premiery oryginału: 
Ilość stron: 472
Wymiary: 155 x 235 mm
Tytuł oryginalny: Soleil sombr
Tłumaczenie: Łukasz Müller
ISBN: 978-83-240-9894-1
Wydawnictwo: Znak
Moja ocena: 5/6

środa, 25 lutego 2026

[39/26] - 1977.: "Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt"


"CZARWONICTWO 
dla zbłąkanych dziewcząt"
Grady Hendrix

„Musisz dokonywać wyborów 
albo świat dokona ich za ciebie”

W dzisiejszych czasach ciąża nastolatki nie wywołuje już społecznego skandalu, choć wciąż potrafi wzbudzić ciekawość. Samotne macierzyństwo przestało być powodem do wstydu, a młode kobiety coraz częściej wychowują dzieci bez małżeństwa i bez potępienia otoczenia. Nie zawsze jednak tak było. Zaledwie sześćdziesiąt lat temu społeczny ostracyzm potrafił złamać życie dziewczynie, która „zawiodła” oczekiwania otoczenia, a przede wszystkim rodziny. Określenie „panna z dzieckiem” było wyrokiem — stygmatem odbierającym godność, który obciążał nie tylko samą dziewczynę, ale i jej najbliższych. To właśnie dla takich „problemów” powoływano do życia instytucje zwane domami samotnej matki, działające już od XIX wieku. O jednym z takich miejsc i losach dziewcząt opowiada książka "Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt", zapowiadana jako horror, co przez długi czas budziło we mnie dystans i obawy przed jej przeczytaniem. W końcu jednak postanowiłam wyjść poza swoją strefę komfortu i poznać historię Nevie, piętnastoletniej nastolatki, która latem 1970 roku zostaje wbrew swojej woli przywieziona do Wellwood House na Florydzie — surowego ośrodka dla „upadłych” dziewcząt, którego cel jest jeden: dziewczyna ma urodzić dziecko, oddać je do adopcji i o wszystkim zapomnieć.


Moment przyjazdu rozdziera serce — mimo błagań córki ojciec pozostaje niewzruszony, zostawiając ją w obcym miejscu bez pożegnania, którego tak rozpaczliwie potrzebuje. Nevie, natychmiast wrzucona w rygorystyczny porządek ośrodka, nie dostaje nawet chwili na oswojenie się z nową rzeczywistością. Jej imię zostaje zmienione na Fern, by nikt nie znał jej prawdziwej tożsamości. Wśród nastoletnich przyszłych matek, dziewcząt o złamanych sercach i niespełnionych marzeniach, odkrywa, że wszystkie trafiły tu z woli rodzin, skazane na milczenie. Ale nie wszystkie zamierzają się na to godzić.

Już sam prolog — zapisany kursywą, w pierwszej osobie — wprowadza w historię z ogromnym ładunkiem emocjonalnym. To krótkie, ale intensywne świadectwo bólu i traumy, które dopiero później nabiera pełnego znaczenia. Jego dopełnienie pojawia się w ostatnim rozdziale, pełniącym funkcję epilogu, dzięki czemu powieść zyskuje konstrukcję klamrową. Ten zabieg sprawia, że losy Nevy od początku czytamy z poczuciem nieuchronności — jakby coś już się wydarzyło i na zawsze odcisnęło na niej swoje piętno.


Dalsza część historii prowadzona jest w narracji trzecioosobowej i czasie teraźniejszym, co nadaje wydarzeniom intensywność i poczucie bliskości. Odsłania się przed nami codzienność dziewcząt zamkniętych w ośrodku w St. Augustine. To właśnie relacje między nimi stają się sercem opowieści — poruszającym studium kobiecej solidarności rodzącej się z bólu, bezsilności i wspólnego doświadczenia utraty kontroli nad własnym życiem. W miejscu, gdzie strach ma być narzędziem dyscypliny, a milczenie obowiązującą zasadą, zaczyna kiełkować coś zupełnie innego: odwaga. Symboliczny sabat, który dziewczęta tworzą między sobą, staje się znakiem wspólnoty i przebudzenia.

Narracja rozwija się niespiesznie, chwilami wręcz leniwie, ale to właśnie ten rytm pozwala stopniowo budować napięcie i prowadzi do mocnych, niepokojących zwrotów akcji. Historia jest jednocześnie czarująca i surowa, wciągająca, a przy tym bezkompromisowo szczera. Jej największą siłą pozostaje odwaga mówienia o doświadczeniach, które przez lata spychano w cień.


Pewnego dnia, za sprawą tajemniczej bibliotekarki, w ręce Nevy trafia stara księga czarownic, która od pierwszych słów zaczyna ją fascynować. Zaklęcia szeptane nocą mają wyzwalać, dodawać odwagi, przywracać poczucie sprawczości. Razem z poznanymi w ośrodku współmieszkankami zaczyna łamać zasady i budzić to, czego świat boi się najbardziej: kobiecą siłę.

To także piękna opowieść o kobiecych relacjach — kruchych, pełnych napięć, a jednocześnie niezwykle wspierających. Dziewczęta, choć zranione i zagubione, próbują stworzyć własną wspólnotę — jedyną, jaką mają. Autor pozwala im być ludzkimi: wściekłymi, naiwnymi, odważnymi i zagubionymi. Dzięki temu historia nabiera autentyczności, dając nam w sposób wyraźny poczucie obcowania z doświadczeniem bohaterek, ich rozterkami, bólem, upokorzeniami, wstydem, poniżaniem, które mogło stać się udziałem realnych osób.

Powieść „Czarownictwo dla zbłąkanych dziewcząt” jest wprawdzie fikcją literacką, ale mimo to trudno nie myśleć, że do takich sytuacji mogło dochodzić naprawdę. W tym sensie powieść nie jest horrorem w tradycyjnym rozumieniu, gdyż nie straszy potworami, zjawami, czy jakimiś zombi, lecz pokazuje, że magia ma swoje dobre i złe strony.  Wszystko ma swoją cenę, która zależy od naszych intencji i co z czarami zrobimy. Jednak prawdziwy horror kryje się w tym, co społeczeństwo potrafiło zrobić nastolatkom znajdującym się w sytuacji, na którą nie miały żadnego wpływu.


Pan Hendrix podkreśla, że napisał tę książkę nie tylko po to, by zrozumieć doświadczenia dziewcząt, lecz także by pokazać, co system im zrobił i jak brutalnie odebrał im godność, sprawczość i prawo do decydowania o sobie. Jak sam przyznaje, „bezdzietny, w średnim wieku mężczyzna to prawdopodobnie ostatnia osoba, która powinna pisać książkę, w której każda postać jest w ciąży”, ale czuł, że musi oddać głos tym, którym go odebrano.

Bo w miejscu, gdzie najstraszniejsze potwory mają ludzkie twarze i absolutną władzę, czary okazują się najmniej przerażające.

Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem:


Wydanie: I
Data premiery: 28.10.2025 r.
Data premiery wersji oryginalnej: 14.01.2025 r.
Ilość stron: 468
Okładka: twarda
Wymiary: 145x215 mm
Tytuł oryginalny: Witchcraft for Wayward Girls
Tłumaczenie: Tomasz Bieroń
ISBN: 978-83-8335-646-4
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Moja ocena: 5/6

wtorek, 24 lutego 2026

[38/26] - 1976.: "Zagadka świątecznej zbrodni"

Klasyka Kryminału Biblioteki Brytyjskiej


"Zagadka świątecznej zbrodni"

Susan Gilruth

„Każdy morderca jest na swój sposób szalony.”

Czasami mam wrażenie, że życie naprawdę próbuje nas ostrzegać. Drobne sygnały, które z pozoru wydają się nieistotne, układają się w całość dopiero wtedy, gdy jest już za późno. Właśnie od takich znaków zaczyna się „Zagadka świątecznej zbrodni”. I już od pierwszych stron wiadomo, że coś tu pójdzie nie tak.


Najpierw Liane Lee Craufurd otrzymała zaproszenie na święta od przyjaciółki dokładnie w dniu 13 listopada, i to w piątek, co już samo w sobie mogło budzić niepokój u osób skłonnych do przesądów. Jeszcze tego samego dnia spadło stare, pozłacane lustro, roztrzaskując się na drobne kawałki. Potem okazało się, że jej mąż Bill nie może jej towarzyszyć w podróży, a dwa dni przed wyjazdem Lee przypadkowo wysypała całą zawartość solniczki. Jakby tego było mało, na dworzec zawiózł ją zezowaty taksówkarz, a dopełnieniem złych znaków okazała się czarna walizka z napisem „Death”, leżąca na półce w pociągu. W normalnych okolicznościach można by to uznać za zbieg okoliczności, ale w powieści detektywistycznej nic nie jest przypadkowe.


„Zagadka świątecznej zbrodni” została wydana po raz pierwszy w 1952 roku w ramach cyklu: „Klasyka kryminału Biblioteki Brytyjskiej”. Okazała się przystępnie napisanym kryminałem wykazującym klasyczną formę gatunku, który czyta się zaskakująco świeżo i lekko. Autorka bardzo sprawnie korzysta z konwencji gatunku, osadzając akcję w małej społeczności, wśród której nie brakuje ekscentrycznych mieszkańców, relacji międzyludzkich, oraz typowej dla małej społeczności atmosfery. Poznajemy także rodzinne animozje, sympatie i antypatie oraz sekrety, które z pozoru wydają się błahe, a potem nagle okazują się kluczowe. Mamy więc tu wszystko, co powinno znaleźć się w tradycyjnym kryminale — i to w takiej formie, która naprawdę działa.

Trudno nie dostrzec podobieństw do twórczości Agathy Christie i jej słynnego detektywa Poirota. Podobnie jak u Christie, zanim dojdzie do zbrodni, poznajemy bohaterów, ich wzajemne relacje, powiązania z przyszłą ofiarą oraz drobne napięcia, które z czasem układają się w misterną intrygę. Akcja rozgrywa się w typowej angielskiej wiosce w hrabstwie Kent, miejscu malowniczym, spokojnym, idealnym na świąteczny wypoczynek, co tylko potęguje kontrast z późniejszym dramatem.


Narracja prowadzona jest z perspektywy Lee, więc cały czas jesteśmy zanurzeni w jej sposobie myślenia, obserwowania świata i łączenia faktów. Widzimy tylko to, co ona widzi, i rozumiemy tyle, ile ona jest w stanie zrozumieć — co świetnie buduje atmosferę niepewności i sprawia, że razem z nią próbujemy poskładać tę układankę. To ograniczenie perspektywy działa na korzyść powieści, bo pozwala czytelnikowi poczuć się jak uczestnik śledztwa, a nie tylko bierny obserwator.

Mamy tu wszystko, co powinno znaleźć się w tradycyjnym kryminale: małą społeczność, ekscentrycznych mieszkańców, trudną do zniesienia ofiarę, rodzinne konflikty i sekrety, które nagle zaczynają znaczyć więcej, niż ktokolwiek przypuszczał. Pojawia się również subtelnie zarysowany wątek romansu, który nadaje całości dodatkowego napięcia i sprawia, że historia nie ogranicza się wyłącznie do samej zagadki kryminalnej. Dzięki temu fabuła zyskuje bardziej ludzki, emocjonalny wymiar.

Choć powieść ma już ponad siedemdziesiąt lat, wciąż potrafi wciągnąć i zapewnić przyjemną, klasyczną rozrywkę. Dla mnie była to miła odmiana od dynamicznych, często brutalnych kryminałów naszych czasów — tutaj najważniejsze są relacje, dedukcja i klimat. Dzięki temu książka stanowi udany powrót do tradycyjnej zagadki detektywistycznej w jej najbardziej klasycznym wydaniu.


Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem


Wydanie: I
Data premiery: 02.12.2025 r.
Pierwsze wydanie wersji angielskiej: 1952 r.
Data premiery angielskiej: 10.10.2025r.
Ilość stron: 300
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Wymiary: 140x205 mm
Tytuł oryginalny: Death in Ambush: A Lost Christmas Murder Mystery
Tłumacz: Ewa Horodyska
ISBN 978-83-8335-718-8
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Moja ocena: 5/6


niedziela, 22 lutego 2026

[37/26] - 1975.: „Jestem wystarczająca”


"Jestem wystarczająca
Jak pokochać siebie"
Katarzyna Białkowska,
Joanna Zaręba

„dotarcie do prawdy o nas samych, to pierwszy konieczny krok w stronę wolności, komfortu życia we własnej, nie zawsze doskonałej, ale za to wyłącznie naszej skórze."

Z pewnością są wśród nas osoby, które starają się robić wszystko jak najlepiej, a mimo to nie osiągają oczekiwanych efektów. Czują się niedoceniane, sfrustrowane, przekonane o własnej niedoskonałości. Niepostrzeżenie wpadają w pułapkę perfekcjonizmu, z której trudno się wydostać. Autorki książki „Jestem wystarczająca. Jak pokochać siebie” przyglądają się właśnie takim osobom i próbują odpowiedzieć na pytanie: dlaczego nie wychodzi mi tak, jak bym chciała/chciał? Odpowiadają zarówno na te, jak i na wiele innych pytań wskazując na nawyki, przekonania i zachowania, które blokują nam drogę do szczęśliwego, satysfakcjonującego życia.

Tytuł wskazuje, że jest to publikacja skierowana głównie do kobiet, ale po poznaniu treści, mogę śmiało stwierdzić, że jej przekaz jest uniwersalny. Z porad skorzystają również mężczyźni, bo potrzeba bycia „wystarczającym” nie ma płci. To doświadczenie wszystkich, którzy żyją w napięciu, próbując sprostać oczekiwaniom własnym lub cudzym. Autorki zachęcają, by zatrzymać się na chwilę i spojrzeć na siebie z większą łagodnością.


Jednym z głównych tematów książki jest wewnętrzny krytyk, czyli głos, który z czasem siedzi a naszych głowach traktować i wciąż podważają nasze decyzje, dodają im wątpliwości, albo wręcz umniejszają naszą pewność, że potrafimy coś zrobić dobrze. Wewnętrznemu krytykowi zawsze coś nie pasuje, wciąż jest niezadowolony, karcący, narzekający i dlatego warto nauczyć się go poskramiać. Nikt nie jest od tego wolny, nawet autorki, bo ten karcący głos pojawiał się także wówczas, gdy pisały tę książkę. Porównują go do kłującego kaktusa, który swoimi dotknięciami przypomina nam o naszych niedoskonałościach i nie dostatecznym efekcie naszych poczynań.

W parze z nim często idzie perfekcjonizm, gdyż to on wiedzie prym przy wszystkim, co robimy. Panie Białkowska i Zaręba uczą, jak to wszystko rozpoznać, oswoić i zastąpić bardziej wspierającą nas osobistą narracją. Nie obiecują cudownej przemiany, ale proponują konkretne ćwiczenia, pytania do refleksji i przykłady z życia, które pomagają zrozumieć źródła perfekcjonizmu. Zachęcają do przyjrzenia się własnym przekonaniom: skąd się wzięły, komu służą i czy rzeczywiście są nasze. Poruszają też rolę social mediów, które w dzisiejszych czasach maja ogromny wpływ na nasze samopoczucie, samoocenę, samokrytykę i akceptację siebie. Podkreślają z jakimi objawami mamy do czynienia proponując w jednym z rozdziałów zestaw pytań, dzięki którym możemy ustalić jak blisko jesteśmy niebezpiecznej granicy perfekcjonizmu i czy nie tkwimy już w jego pułapce.


Książka trafia w sedno doświadczeń wielu kobiet żyjących pod presją perfekcjonizmu. Pokazuje, jak destrukcyjny potrafi być: odbiera radość, niszczy relacje, prowadzi do przepracowania, a nawet wypalenia. Autorki nie moralizują — zapraszają do refleksji i proponują sposoby na uciszenie wewnętrznego krytyka.

Ogromnym atutem są historie bohaterek, które zmagają się z różnymi obliczami perfekcjonizmu. Dzięki nim czytelniczka widzi, że nie jest sama, a zmiana jest możliwa — krok po kroku, bez presji. Język autorek jest prosty, ciepły i przystępny, co sprawia, że mimo trudnych tematów książkę czyta się lekko i z poczuciem bezpieczeństwa.

Struktura książki jest przejrzysta. Pierwsze dziewięć części to solidna dawka wiedzy o perfekcjonizmie i mechanizmach, które go podtrzymują. Dziesiąta część stanowi sedno, gdyż pokazuje, jak  teorię przekuć w czyn. Autorki proponują praktyczne narzędzia, dzięki którym dokonamy zmian w sposobie myślenia o sobie i świecie i nadamy inną perspektywę sprawom, które nas spotykają i nie pozawalają spokojnie podążać za swoim celem, bez wiecznego krytykowania siebie i poczucia perfekcjonizmu.


„Jestem wystarczająca” to lektura, która uczy, jak odzyskać spokój ducha, a przede wszystkim - zgodnie z podtytułem poradnika- jak pokochać siebie, taką „nie idealną”, lecz prawdziwą. Pani Katarzyna Białkowska była mi znana do tej pory z dwóch książek o charakterze beletrystycznym, które należą do serii, którą debiutowała w 2024 roku. Książką „Gra o serce” i „Gra o miłość” pokazała, że potrafi doskonale pisać historie pełne emocji i psychologicznej głębi. Poradnik „Jestem wystarczająca” potwierdził jej umiejętność wgłębiania się w osobowość człowieka, rozumienia jego stanu emocjonalnego i psychicznego oraz towarzyszenia w procesie budowania samoakceptacji. Razem z panią Joanną Zarębą napisały książkę, która w delikatny, ale bardzo trafny sposób dotyka doświadczeń osób żyjących pod presją perfekcjonizmu. Materiał w niej przedstawiony łączy w sobie empatię, wiedzę psychologiczną i praktyczne narzędzia, tworząc lekturę, która nie tylko tłumaczy, skąd bierze się poczucie niewystarczalności, ale też pokazuje, jak krok po kroku budować bardziej życzliwą relację z samą sobą. To mądra, kojąca propozycja dla wszystkich, którzy czują, że wymagają od siebie zbyt wiele, i którzy chcieliby wreszcie pozwolić sobie być po prostu ludźmi, a nie perfekcyjnymi wersjami siebie.


Wydanie: I
Data premiery: 11.02.2026r.
Ilość stron: 272
Wymiary: 140x205 mm
Okładka: miękka
ISBN  978-83-8400-114-1
Moja ocena: 5/6

piątek, 20 lutego 2026

[36/26] - 1974.: "Modrzewiowa aleja"


"Modrzewiowa aleja"
Aleksandra Broda

"W dzisiejszych czasach tylko sprytem i pozornym dobrym nastawieniem możemy pozostać tym, kim jesteśmy."

Polskie dworki mają w sobie coś nieuchwytnego, ten szczególny klimat, który jest niczym  materialny zapis dawnego stylu życia, łączący elegancję z prostotą. To niewielkie, zazwyczaj parterowe rezydencje szlacheckie, otoczone ogrodem, lipową aleją albo parkiem, które przez stulecia stanowiły centrum życia rodzinnego, gospodarczego i towarzyskiego  z pewnością pamiętają nie jedną historię swoich dawnych mieszkańców. W ich ścianach zapisana jest pamięć pokoleń, codziennych rytuałów i wielkich wydarzeń, a także emocji, które pozostały gdzieś w przeszłości. Są jak pomniki dawnego życia i historii, które kiedyś miały miejsce w ich murach. Jedną z takich opowieści snuje autorka powieści "Modrzewiowa aleja", która jest fikcyjna, a jednak na tyle prawdopodobna, że łatwo uwierzyć, iż mogła wydarzyć się naprawdę, w którymś z zapomnianych dworków.


Pani Aleksandra Broda prowadzi historię w dwóch przestrzeniach czasowych. Pierwsza obejmuje lata 1926–1945 i ukazuje dorastanie Wandy Tarkowiak, córki stolarza,  jej relację z rodziną Bogdanowiczów właścicieli majątku w Łaziskach,  oraz rodzące się uczucie do młodego hrabiego Michała Bogdanowicza. Drugi wątek rozgrywa się współcześnie, w 2024 roku, kiedy Barbara Makowska przypadkiem odnajduje pamiętnik Wandy. Od tego momentu przeszłość zaczyna splatać się z teraźniejszością, a losy obu kobiet łączą się w sposób, którego żadna z nich nie mogła przewidzieć.

Autorka ma bardzo ładny, dopracowany stylistycznie sposób prowadzenia uwagi czytelnika. Z lekkością roztacza przed nami malownicze obrazy wiejskiej posiadłości, a jednocześnie wyraziście kreśli charaktery bohaterów, prowadząc narrację w trzeciej osobie. Z podobną wrażliwością oddaje emocje - subtelne, gwałtowne, nieoczywiste, sugestywne i poruszające. Dzięki czemu łatwo zrozumieć motywacje postaci i ich wewnętrzne rozterki.


Wanda, wychowana w posłuszeństwie i świadomości własnego miejsca, od dziecka bywała w dworku Bogdanowiczów, towarzysząc ojcu stolarzowi. Jej marzeniem było zostać nauczycielką, choć wydawało się to trudne do osiągnięcia. Los jednak otwiera przed nią nowe możliwości, a w Warszawie ponownie krzyżują się jej drogi z Michałem — młodym hrabią o niezbyt pochlebnej opinii, który dopiero z czasem dostrzega, że Wanda różni się od kobiet, które dotąd znał. Ich uczucie zaczyna dojrzewać, lecz w chwili, gdy mogłoby rozkwitnąć, nad Europą zbierają się wojenne chmury.

Współczesny wątek wprowadza postać Barbary Makowskiej — prawniczki z warszawskiej kancelarii „Humphrey & Morgan”. Barbara to kobieta trudna w obyciu: zgryźliwa, wiecznie poirytowana, raniąca innych słowem i nieznosząca sprzeciwu. Jej zachowanie potrafi wyprowadzić z równowagi nawet szefa, a gdy do jej gabinetu zostaje przydzielony młody prawnik Piotr, jej złość sięga zenitu. Barbara stawia twarde granice i od pierwszej chwili daje do zrozumienia, że nie zamierza współpracować z nowym kolegą. Piotr jednak reaguje na jej wybuchy humorem i spokojem, jakby złość Barbary po nim spływała. Między nimi tworzy się ciekawa, pełna kontrastów dynamika.

Przyznam, że dziwiło mnie, iż Piotr zaczyna darzyć Barbarę czymś więcej niż tylko koleżeńską sympatią, pomimo jej wrednego charakteru. Barbara to postać, którą naprawdę trudno polubić.  Mimo to Piotrowi zaczyna na niej zależeć, choć jej postawa wcale się nie zmienia. Ten kontrast między ich charakterami dodaje współczesnemu wątkowi lekkości i humoru, a jednocześnie pozwala spojrzeć na Barbarę z innej perspektywy, jako na osobę, która pod warstwą złości i chłodu może skrywać coś więcej, choć sama jeszcze nie jest gotowa to ujawnić.


Powieść „Modrzewiowa aleja” to bardzo udany debiut, dopracowany w każdym detalu. Nie wyczuwa się tu charakterystycznej dla pierwszych książek niepewności czy prostych rozwiązań. Autorka pisze swobodnie, z wyczuciem i literacką świadomością. Opisy są zwięzłe i celowe; choć zdarzają się fragmenty pozbawione dialogów, to nie stanowią one wypełniaczy, lecz niosą istotne informacje, pozwalające w pełni zrozumieć tło wydarzeń. Narracja pozostaje spójna i przemyślana, dzięki czemu z łatwością zanurzamy się w tę historię.  To debiut dojrzały, emocjonalnie spójny i pełen wyczucia, który pozwala z nadzieją czekać na kolejne powieści autorki.

Ciekawostką jest fakt, że literacki dworek istnieje naprawdę i prowadzi do niego  modrzewiowa aleja, którą autorka doskonale zna. Mieści się w Łaziskach, czyli tam, gdzie osadzona jest część historii.  Choć budynek dziś wymaga remontu, stał się inspiracją do stworzenia poruszającej opowieści o miłości, pamięci i sile rodzinnych tajemnic. Pani Broda umiejętnie splata przeszłość z teraźniejszością, pokazując, że echo dawnych namiętności potrafi wybrzmiewać nawet po wielu dekadach.



Książkę przeczytałam w ramach we współpracy z wydawnictwem
Wydanie: I
Data premiery: 16.01.2026r.
Ilość stron: 354
Wymiary: 130x210 mm
Okładka: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-8423-205-7
Wydawnictwo: Novae Res
Moja ocena: 5/6


wtorek, 17 lutego 2026

[35/26] - 1973.: "Mad as Hell" - Tom II


"Mad as Hell"
Seria: Mad World
Tom drugi
Hannah McBride

„Gdy wszystko, co kochasz, zostaje ci brutalnie odebrane, 
pozostaje tylko furia…”

Madison w pierwszym tomie serii „Mad World” wkroczyła w życie, które miało być spełnieniem marzeń, a okazało się labiryntem pełnym sekretów, wpływów i niebezpiecznych powiązań. Zamiana ról z siostrą bliźniaczką wydawała się niewinną przygodą, lecz szybko odsłoniła świat, w którym każdy gest ma swoją cenę, a luksus jest jedynie fasadą skrywającą brutalne mechanizmy władzy. Finał pierwszej części pozostawił czytelnika w stanie niepokoju, z pytaniami, które domagały się odpowiedzi.


„Mad as Hell” rozpoczyna się dokładnie w tym punkcie, w którym zakończył się poprzedni tom, ale tym razem Hannah McBride oddaje głos również Ryanowi. Jego perspektywa wprowadza nową dynamikę i wyraźnie widać, że on czuje się zdradzony i oszukany, uwięziony w gniewie, który sam sobie stworzył. Dopiero obecność przyjaciół, zwłaszcza Asha, pozwala mu dostrzec, jak bardzo dał się zwieść pozorom. Maddie natomiast wraca silniejsza, dojrzalsza, ale też boleśnie świadoma, że jej walka dopiero się zaczyna. Zmuszona do kontynuowania planu ojca, porusza się po świecie, w którym każdy krok może wywołać lawinę konsekwencji. Jej przemiana od zagubionej dziewczyny do kobiety świadomej swojej siły i gotowej stawić czoła demonom przeszłości jest jednym z najważniejszych elementów tej historii.

Pani McBride prowadzi tym razem narrację naprzemienną, co odróżna tę część serii od pierwszej odslony, gdy znaliśmy tylko punkt widzenia Maddie. Okazuje się, że nie jest to  tylko zabieg stylistyczny, ale konstrukcyjny, gdyż pozwala nam obserwować wydarzenia z dwóch odmiennych perspektyw, co wzmacnia napięcie i pogłębia emocjonalny odbiór. Autorka buduje strukturę spiralną: każda scena dokłada nową warstwę informacji, nie rozwiązując konfliktów, lecz je intensyfikując. W efekcie powstaje opowieść, która nieustannie pulsuje napięciem.


Autorka pisze z pasją, emocjonalnie o tym, co przeżywają bohaterowie, ukazując przy tym trudne tematy, co czyni te opowieść bardziej realistyczną. Wyraźnie jest odczuwalne, że ma wszystko przemyślane, a każdy element fabuły wydaje się celowy i jednocześnie nieprzewidywalny. Dialogi są żywe, pełne napięcia, a opisy sugestywne, niemal filmowe, pozwalające wejść głęboko w psychikę bohaterów. Postacie drugoplanowe nie są jedynie tłem, a ich lojalność, zaangażowanie i gotowość do działania nadają historii dodatkowy wymiar i podkreślają wagę relacji, które potrafią ocalić człowieka w najciemniejszych momentach.

„Mad as Hell”to powieść trzymająca uwagę bez znużenia. Pokazuje, jak przeszłość potrafi niszczyć, ale też udowadnia, że nawet najbardziej skomplikowana miłość może stać się siłą, która pozwala przetrwać. Przez całą fabułę czułam niepokój i moje przeczucia sfinalizowały się w ostatnich rozdziałach, które mnie kompletnie znokautowały. Świat, który kreuje autorka, jest brutalny i bezwzględny. Nie ma tutaj półśrodków, a emocje momentami sięgają zenitu. Władza i pieniądze wypaczają tu wszystko, a ludzie gotowi są posunąć się do najgorszych czynów, by chronić swoje interesy. Maddie, próbując odnaleźć siebie, ponownie wywołuje emocjonalną burzę, a jej decyzje odbijają się echem na wszystkich wokół.


Pierwszy tom był szalenie wciągający i naładowany emocjami i wydawało się, że więcej nie da się znieść i podnieść poprzeczkę wyżej. Drugi tom jednak jeszcze bardziej wnika w umysł ukazuje złożoność sytuacji i wątków. Pani Hannah McBride ma styl spokojnego podkręcania emocji poprzez wnikanie w meandry ludzkich uczuć, ukazując dobre i złe strony natury człowieka, by na końcu rzucić nas w sam środek eksplozji z odbezpieczonym zapalnikiem. Trudno było śledzić opisywane wydarzenia bez napięcia i poczucia zagrożenia. Czasami są chwile wytchnienia, gdy akcja toczy się wolno, ale tylko po to, by w efekcie wywołać zaskakujący zwrot sytuacyjny. 

Autorka napisała niesamowitą, nietypową i wciągającą historię, która nie ma pędzącej szalenie fabuły, ale są to tylko pozory spokoju. Okazuje się to być ciszą przed burzą, gdyż w najmniej spodziewanym momencie wszystko przybiera zupełnie niespodziewany obrót. To doprowadza do finałowego apogeum, które pozostawia w stanie emocjonalnego rozdarcia, po którym trudno się uspokoić. Trzeci tom zapowiada się na jeszcze większą burzę, która wydaje się trudna do okiełznania.   

Recenzja tomu I "Mad World"
Recenzja tomu III "Mad Love"

Książkę przeczytałam, dzięki księgarni Bonito i portalowi Dobre Chwile. 
Na Dobre Chwile jest rozszerzona wersja recenzji.

Wydanie: I
Data premiery: 26.02.2025r.
Data premiery wersji oryginalnej: 17.06.2022r.
Ilość stron: 632
Wymiary: 135 x 210 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Tytuł oryginalny: Mad as Hell
Tłumaczenie: Ewa Rosa
ISBN 78-83-8380-088-2
Wydawca: Wydawnictwo Ale!
Moja ocena: 6/6



niedziela, 15 lutego 2026

[34/26] - 1972.: "Wyśnione szczęście"


"Wyśnione szczęście"
Kristin Hannah

„Ostatnie czekoladki w bombonierce 
zawsze smakują najlepiej.”

Książkę „Wyśnione szczęście” mam na półce już od trzech lat. Trafiła do mnie w wyjątkowo miłych okolicznościach. W 2022 roku wzięłam udział w czytelniczym wyzwaniu organizowanym przez serwis Granice.pl. Zadanie polegało na tym, by przeczytać tyle książek, ile mam wzrostu. Brzmiało zabawnie, ale potraktowałam je całkiem serio. I ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że przeczytałam… znacznie więcej, niż wynosi mój wzrost. Dzięki temu zostałam wyróżniona i nagrodzona zestawem książek, a wśród nich znalazła się właśnie powieść Kristin Hannah. Leżała sobie spokojnie, czekając na swój moment — i w końcu nadszedł.


Patrząc na okładkę, spodziewałam się typowo świątecznej historii: ciepłej, pachnącej piernikami, pełnej migoczących lampek i rodzinnej atmosfery. Liczyłam na coś lekkiego, otulającego, idealnego na grudniowy wieczór. Jednak szybko okazało się, że „Wyśnione szczęście” nie jest klasyczną powieścią bożonarodzeniową. Świąteczne akcenty oczywiście są, ale nie dominują, stanowią raczej delikatne tło, które nabiera znaczenia dopiero wtedy, gdy poznamy całą historię. 

Główną bohaterkę, Joy Candellaro, poznajemy w trudnym momencie życia. Pracuje jako bibliotekarka w Bakersfield, a rok wcześniej jej świat rozpadł się na kawałki nakryła swego męża Thomasa na zdradzie z własną siostrą. Teraz jest od trzech miesięcy po rozwodzie, ale ból wcale nie mija. Wręcz przeciwnie: świąteczny czas, który kiedyś kochała, teraz tylko pogłębia jej samotność. 

Widzimy ją w ostatni piątek przed Bożym Narodzeniem, gdy wraca z pracy do domu i zastaje przed nim Stacey — siostrę, która ją skrzywdziła. Stacey najpierw mówi, że rzuciła Thomasa, a chwilę później wręcza Joy zaproszenie na… ich ślub. Joy w tym momencie nie wytrzymuje i wsiada w samochód kierując się na lotnisko, jakby chciała uciec od wszystkiego, co ją boli. Widząc lot do miejscowości Hope, postanawia tam polecieć, mając nadzieję na lepsze, nowe życie. Jednak sprawy nabierają nieoczekiwanego zwrotu, w wyniku czego do tego nie dochodzi, bo samolot ulega katastrofie. I od tego momentu zaczyna się robić naprawdę dziwnie. Granica między tym, co realne, a tym, co możliwe tylko w świątecznym czasie, zaczyna się zacierać.


Trochę to wygląda zbyt prosto, a jednocześnie skomplikowanie, co z początku mnie nieco zniechęciło. Jednak mimo wszystko byłam ciekawa dalszych wydarzeń i losów bohaterki. Książka „Wyśnione szczęście” to nie jest grubym dziełem, więc tym bardziej chciałam dotrzeć do końca tej historii. Fabuła została podzielona na dwie części, które coraz bardziej mnie intrygowały, ukazując zupełnie różne płaszczyzny emocjonalne. Autorka prowadzi narrację w pierwszoplanowej relacji i w dużej mierze w sposób opisowy, czasami skupiając się na drobnych szczegółach i nastroju, a nie na dynamicznej akcji.  Niektóre wydarzenia przedstawione są skrótowo, inne rozbudowane do detali, uzupełnione dialogami, które nie są banalne, wnoszą do historii dodatkowe informacje i sprawiają, że coraz lepiej poznajemy bohaterów.

Muszę przyznać, że pierwsza część książki budziła we mnie mieszane uczucia. Wydarzenia wydawały mi się mało realistyczne, na przykład moment, gdy Joy, krótko po katastrofie lotniczej rusza pieszo przez las i pokonuje wiele kilometrów, aż dociera do opuszczonego ośrodka wędkarskiego.  Tam poznaje ośmioletniego Bobby’ego i jego ojca Daniela, którego najpierw opisuje go jako „chudego jak wiór”, a chwilę później już jako „przystojnego”. Okazuje się, że  Bobby tęskni za zmarłą mamą i twierdzi, że ją widzi. Daniel nie wierzy synowi, ale chłopiec znajduje wsparcie w Joy, która doskonale go rozumie.


Dopiero druga część powieści sprawia, że cała historia nabiera sensu. Wyjaśnienie nie jest dokładnie takie, jakie lubię, ale przyznam, że właśnie czegoś podobnego się spodziewałam. I dopiero wtedy doceniłam pomysłowość autorki. Kristin Hannah prowadzi nas przez pozornie nierealne wydarzenia po to, by pokazać, że magia świąt nie zawsze wygląda tak, jak sobie wyobrażamy. 

„Wyśnione szczęście” to jedna z tych książek, które warto przeczytać do końca, nawet jeśli początek nie porywa, czy też sugeruje zwykłą obyczajowo‑świąteczną opowieść. Wyłania się z niej opowieść o nadziei, o drugich szansach, wybaczaniu, radzeniu sobie ze stratą i o tym, że czasem trzeba się zgubić, by naprawdę się odnaleźć. To książka, która nie od razu wciąga swoim rytmem i wydarzeniami. ale w efekcie zostawia po sobie ciepło i refleksję. I choć nie jest typową świąteczną historią, to właśnie dzięki temu jej przesłanie wybrzmiewa mocniej. Uświadamia, że czasami dzieją się rzeczy trudne do zrozumienia, ale gdy pójdziemy za głosem serca i intuicji -  odnajdziemy swoje szczęście.



Wydanie: I
Data premiery: 07.11.2008r. i 28.09.2022r.
Data premiera oryg. 06.10.2020r.
Ilość stron: 256
Okładka; miękka ze skrzydełkami
Wymiary: 135 x 215 mm
Tytuł oryginału: Comfort & Joy
Tłumaczenie: Zdzisława Lewikowa
ISBN: 978-83-8139-415-4
Wydawnictwo: Świat Książki
Moja ocena: 4/6