Pamiętnik Sary Lew
XOXO Writer
„Są chwile, które trwają kilka sekund,
a później zostają w człowieku na całe lata.”
W ciągu całego życia mijamy tysiące ludzi. Ich twarze pojawiają się i znikają w tłumie, w sklepowych kolejkach, autobusach, na ulicach. Większości z nich nie pamiętamy już kilka minut później, nie przywiązujemy do nich szczególnej wagi. Jednak zdarza się, że o niektórych spotkaniach trudno zapomnieć i bywa, że mają na życie duży wpływ. Tak stało się w przypadku bohaterki książki „Pamiętnik Sary Lew”, u której pewne zdarzenie pozostało w pamięci na zawsze.
Nie wiadomo nic o autorce (autorze) tej historii. Ciekawostką jest to, że znalazłam na stronie amazon.com.au tę książkę w wersji angielskiej po tytułem: „Before I Knew His Name”, czyli „Zanim poznałam jego imię”, więc wygląda na to, że XOXO Writer tworzy za granicą. Po sposobie pisania można wnioskować, że jest to młoda osoba zaczynająca dopiero swoją karierę w świecie pisarskim.
Pewnego deszczowego, wakacyjnego poranka Julia wychodzi do sklepu, a gdy wraca, widzi podjeżdżający czarny samochód. Za kierownicą siedzi starszy od niej mężczyzna i proponuje podwózkę, by dalej nie mokła na deszczu. Ona odmawia, on odjeżdża, ale to spotkanie pozostaje w jej umyśle na dłużej. Tak oto w życie Sary wkracza Robert, a wraz z nim cała lawina niedopowiedzeń, sekretów i skomplikowanych układów z przeszłości.
Tytuł powieści sugeruje, że będzie to opowieść z perspektywy czasu i tak faktycznie jest, ale pamiętnika to raczej nie przypomina. Nie ma dat, ani jakiegokolwiek zakresu czasowego, ani konkretnej miejscowości. Nawet nie wiadomo jak dane miasto wygląda, bo nie ma nic z jego charakteru.
Forma intymnego pamiętnika Sary miała nas zbliżyć do jej przeżyć, pokazać osobiste wewnętrzne dylematy i emocje. I owszem, jest o nich mowa, ale nie są dobrze oddane. W ogóle ich nie czuć. Najsłabszym elementem są dialogi, które nie posiadają żadnych znamion, które pozwalałyby określić ich charakter. Są suche, bez wyrazu i sztucznie przekazane. Wymiana zdań, a najczęściej pojedynczych słów jedno za drugim jest męczące, często nic nie wnoszące do fabuły, nic niewyjaśniające, a jedynie zapełniające stronę, a my wciąż wiemy niewiele o Robercie i nie mamy wrażenie, że podążamy dalej.
To sprawiało, że często nie wiedziałam, kto jaką kwestię wypowiada i z jakim natężeniem, nawet jeżeli dotyczy to tylko dialogu pomiędzy dwoma osobami. Taka forma nie pozwala dogłębnie wniknąć w osobowości rozmówców, w ich psychikę i emocje.
Wokół samej relacji Sary i Roberta od początku unosi się atmosfera zakazanego owocu, gdyż zbudowana została na motywie różnicy wieku. Problem w tym, że nie wiadomo jaka różnica wieku ich dzieli. Narratorka wspomina, że jest dorosła, ale co to znaczy? Czy ma osiemnaście lat, czy ponad dwadzieścia. To jest istotna różnica, bo ja, jako czytająca jakąś historię, lubię wiedzieć jaki jest bohater, bym mogła sobie wyobrazić nie tylko wygląd, ale też ogólną osobowość. Podobna zagadka dotyczy Roberta, o którym wiemy że ma ciemne włosy przyprószone przy skroniach siwizną, więc może mieć około czterdziestu lat. Do tego okazuje się być wujkiem Maćka, przyjaciela Sary, więc nie jest ich rówieśnikiem. Takie nieścisłości zawsze mnie irytują i tak było teraz. Ten brak precyzji sprawia, że sztucznie generowane napięcie traci na wiarygodności. Zamiast budować realny, namacalny kontrast pokoleniowy czy psychologiczny, autor/ka serwuje nam niedopowiedzianą zagadkę, która w żaden sposób nie tłumaczy zachowań bohaterów. Różnica wieku staje się tu jedynie pustym hasłem z okładki, kolejnym marketingowym haczykiem, który nie dostał żadnego sensownego rozwinięcia w fabule.
Akcja, która na pierwszy rzut oka powinna posuwać się do przodu, w rzeczywistości sprawia wrażenie dość statycznej. Autorka często rozpoczyna kolejne rozdziały informacją, że minęło kilka dni od jakiegoś zdarzenia. Taki zabieg powtarza się między innymi na początku trzeciego, czwartego i piątego rozdziału. Teoretycznie czas płynie, bohaterowie spotykają się ponownie, rozmawiają, uczestniczą w kolejnych wydarzeniach, ale nie przekłada się to na rzeczywistą dynamikę opowieści. Mam wręcz wrażenie, że historia przeskakuje od spotkania do spotkania, od rozmowy do rozmowy, od jednej imprezy do następnej, nie dając nam możliwości obserwowania, jak relacja bohaterów stopniowo się rozwija. Brakuje płynności, naturalnych przejść i poczucia, że kolejne wydarzenia rzeczywiście coś zmieniają. W efekcie mijają dni, pojawiają się następne sytuacje, a fabuła wciąż zdaje się tkwić w tym samym miejscu.
„Pamiętnik Sary Lew” to romans ze zmarnowanym potencjałem, w której akcja stoi niemal w tym samym miejscu, a sama historia ma wiele niewiadomych. Do tego zbyt słabo zostało nakreślone tło, ale też nie dane było poczuć emocji, które bohaterka zapowiadana na początku. Finałowe kwestie wskazują, że to jeszcze nie koniec tej historii, bo zakończenie ma charakter otwarty, niedokończony i pozostało wiele pozostało. Liczyłam na lepszą, głębszą, poruszającą opowieść o trudnej miłości, a to, co przeczytałam, zdecydowanie do takiej nie należy.
Egzemplarz książki otrzymałam w ramach współpracy z portalem







































