"Co przyniesie jutro"
Mélissa Da Costa
"Życie to ruch, działanie"
Często żyjemy w przekonaniu, że zawsze będzie jeszcze okazja na rozmowę, spotkanie, pojednanie czy powiedzenie komuś, jak bardzo jest dla nas ważny. Odkładamy te rzeczy na później, zajęci codziennymi obowiązkami i własnymi sprawami. Tymczasem życie bywa nieprzewidywalne, a ludzie, których kochamy, mogą odejść szybciej, niż jesteśmy gotowi to przyjąć. Uświadamia to powieść "Co przyniesie jutro".
To miał być zwykły dzień spędzony z ukochanym mężem. Lato właśnie się zaczynało, był pierwszy jego dzień, który zmienił wszystko. Cały dotychczasowy świat Amande runął niczym domek z kart. Od tamtej pory nie potrafi odnaleźć się w rzeczywistości i dlatego wyjeżdża do Owernii i tam wynajmuje stary dom stojący na odludziu. Należał on kiedyś do starszej kobiety - pani Hugne, która zmarła trzy lata temu.
Dzień mija za dniem, które Amande nazywa słońcami i tych słońc mija wiele, zanim ponownie światło zajrzy zarówno do wnętrza budynku, jak i do jej duszy. Przełomowym wydarzeniem okazuje się znalezienie starych kalendarzy, których poprzednia właściciela notowała plan prac w ogrodzie, swoje przepisy kulinarne, zapiski o pogodzie, ale też spostrzeżenia i myśli. Niepozorne notatki stają się dla niej czymś w rodzaju drogowskazu. Pomagają jej na nowo spojrzeć na świat i dostrzec piękno ukryte w prostych, codziennych chwilach. Ważną rolę odegrał też pewien kot, który najpierw został przez bohaterkę potraktowany niezbyt dobrze. Powoli zaczyna zwracać uwagę na ogród, zmieniające się pory roku, zapach ziemi po deszczu czy pierwsze kwiaty pojawiające się po zimie.
Początkowo w tej książce niewiele się dzieje. Nie ma nagłych zwrotów akcji ani dramatycznych wydarzeń. Obserwujemy przede wszystkim kobietę próbującą poradzić sobie z ogromnym bólem po utracie ukochanej osoby i życia, które znała. I właśnie w tym tkwi siła tej powieści. Mélissa Da Costa pokazuje żałobę taką, jaka często jest naprawdę – cichą, powolną, pełną dni, które trzeba po prostu przetrwać. Nie przyspiesza procesu zdrowienia swojej bohaterki i nie oferuje łatwych rozwiązań. Pozwala jej przeżywać smutek, złość, tęsknotę i bezradność, dzięki czemu wszystko wydaje się niezwykle prawdziwe.
Z biegiem czasu Amande zaczyna jednak dostrzegać, że nie da się całkowicie odciąć od świata. Choć początkowo unika ludzi, stopniowo otwiera się na tych, którzy pojawiają się na jej drodze. Autorka pięknie pokazuje, jak ważna jest obecność drugiego człowieka, nawet jeśli wydaje nam się, że najlepiej poradzimy sobie sami. Czasem wystarczy czyjaś życzliwość, rozmowa albo zwykła obecność, by zrobić pierwszy krok naprzód. Natura odgrywa w tej historii ogromną rolę. To właśnie ona przypomina Amandzie, że wszystko ma swój czas, wzrost, rozkwit, przemijanie i odradzanie się.
„Co przyniesie jutro” to książka, której nie da się czytać szybko. Nie ma w niej nagłych zwrotów akcji, szybkiego tempa. Autorka skupia naszą uwagę na emocjach, atmosferze i refleksjach. To jedna z tych historii, przy których zwalniamy bieg myśli, zatrzymujemy się na chwilę i zaczynamy zastanawiać nad tym, co naprawdę jest ważne.
Bardzo podobało mi się, jak autorka podkreśla znaczenie natury, bliskości drugiego człowieka i odnajdywania nowego celu w życiu. Czytanie tej powieści było jak zrobienie kroku wstecz od codziennego pośpiechu. To była przyjemność zanurzyć się w jej lekturze i stylu w jakim jest napisana. Jest w niej spokój, refleksja i przekaz, że szczęście często kryje się w najprostszych rzeczach. Przypomina o uniwersalnej prawdzie, że wszystko w życiu wymaga czasu i cierpliwości. Nie da się przyspieszyć gojenia ran ani zmusić serca, by szybciej zyskało spokój. Można jednak każdego dnia zrobić mały krok naprzód i nauczyć się żyć mimo bólu.
„Co przyniesie jutro” to piękna, wzruszająca opowieść o stracie, uzdrawiającej sile natury, ludzkiej wytrwałości i o tym, że czasem trzeba pozwolić sobie przeżyć ból, aby móc znów naprawdę żyć. Pani Mélissa Da Costa potrafi przekazać w jednej historii niezwykle szeroką gamę emocji. Od rozdzierającego smutku i rozpaczy, przez melancholię, tęsknotę i niepewność, aż po radość, wdzięczność i poczucie spełnienia. Wszystko to zostało przedstawione z ogromną wrażliwością i wyczuciem. Pokazuje, że nawet po największym cierpieniu można odnaleźć światło i sens. To powieść smutna, momentami bardzo bolesna, ale jednocześnie ciepła, budująca i dająca nadzieję. Pokazuje, że powrót do życia po stracie nie jest łatwy, ale jest możliwy. Trzeba tylko pozwolić sobie na czas żałoby, ale nie może ona trwać wiecznie. Autorka napisała bardzo wrażliwą i poruszającą historię, która skłania do refleksji, pobudza zmysły i serce, przypominając, że po każdej zimie prędzej czy później przychodzi wiosna.
Książkę przeczytałam w ramach współpracy
z PRart Media Bogna Piechocka
i wydawnictwem
Data premiery: 06.05.2026r.
Ilość stron: 352
Wymiary:155x235 mm
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Tytuł oryginału: Les lendemains
Tłumaczenie: Adriana Celińska
ISBN 978-83-8367-874-0
Wydawnictwo: Znak Literanova
Moja ocena: 5/6







Brzmi jak jedna z tych książek, które niby „nic wielkiego się nie dzieje”, a potem człowiek łapie się na tym, że myślami wciąż do niej wraca… i to chyba mówi o niej więcej niż jakiekolwiek zwroty akcji. Tylko zastanawiam się, czy ta powolność narracji faktycznie działa na każdego, czy jednak część osób się od tego odbije, bo dziś jednak jesteśmy przyzwyczajeni do szybszego tempa.
OdpowiedzUsuńMotyw żałoby i takich małych kroków w stronę życia jest mi bliski, ale mam też wrażenie, że łatwo tu popaść w „ładną opowieść o leczeniu ran”, która w realu bywa dużo bardziej chaotyczna i mniej uporządkowana.
Jestem ciekawa, jak bym ja odebrała
OdpowiedzUsuń