Klasyka Kryminału Biblioteki Brytyjskiej
"Zagadka świątecznej zbrodni"
Susan Gilruth
„Każdy morderca jest na swój sposób szalony.”
Czasami mam wrażenie, że życie naprawdę próbuje nas ostrzegać. Drobne sygnały, które z pozoru wydają się nieistotne, układają się w całość dopiero wtedy, gdy jest już za późno. Właśnie od takich znaków zaczyna się „Zagadka świątecznej zbrodni”. I już od pierwszych stron wiadomo, że coś tu pójdzie nie tak.
Najpierw Liane Lee Craufurd otrzymała zaproszenie na święta od przyjaciółki dokładnie w dniu 13 listopada, i to w piątek, co już samo w sobie mogło budzić niepokój u osób skłonnych do przesądów. Jeszcze tego samego dnia spadło stare, pozłacane lustro, roztrzaskując się na drobne kawałki. Potem okazało się, że jej mąż Bill nie może jej towarzyszyć w podróży, a dwa dni przed wyjazdem Lee przypadkowo wysypała całą zawartość solniczki. Jakby tego było mało, na dworzec zawiózł ją zezowaty taksówkarz, a dopełnieniem złych znaków okazała się czarna walizka z napisem „Death”, leżąca na półce w pociągu. W normalnych okolicznościach można by to uznać za zbieg okoliczności, ale w powieści detektywistycznej nic nie jest przypadkowe.
„Zagadka świątecznej zbrodni” została wydana po raz pierwszy w 1952 roku w ramach cyklu: „Klasyka kryminału Biblioteki Brytyjskiej”. Okazała się przystępnie napisanym kryminałem wykazującym klasyczną formę gatunku, który czyta się zaskakująco świeżo i lekko. Autorka bardzo sprawnie korzysta z konwencji gatunku, osadzając akcję w małej społeczności, wśród której nie brakuje ekscentrycznych mieszkańców, relacji międzyludzkich, oraz typowej dla małej społeczności atmosfery. Poznajemy także rodzinne animozje, sympatie i antypatie oraz sekrety, które z pozoru wydają się błahe, a potem nagle okazują się kluczowe. Mamy więc tu wszystko, co powinno znaleźć się w tradycyjnym kryminale — i to w takiej formie, która naprawdę działa.
Trudno nie dostrzec podobieństw do twórczości Agathy Christie i jej słynnego detektywa Poirota. Podobnie jak u Christie, zanim dojdzie do zbrodni, poznajemy bohaterów, ich wzajemne relacje, powiązania z przyszłą ofiarą oraz drobne napięcia, które z czasem układają się w misterną intrygę. Akcja rozgrywa się w typowej angielskiej wiosce w hrabstwie Kent, miejscu malowniczym, spokojnym, idealnym na świąteczny wypoczynek, co tylko potęguje kontrast z późniejszym dramatem.
Narracja prowadzona jest z perspektywy Lee, więc cały czas jesteśmy zanurzeni w jej sposobie myślenia, obserwowania świata i łączenia faktów. Widzimy tylko to, co ona widzi, i rozumiemy tyle, ile ona jest w stanie zrozumieć — co świetnie buduje atmosferę niepewności i sprawia, że razem z nią próbujemy poskładać tę układankę. To ograniczenie perspektywy działa na korzyść powieści, bo pozwala czytelnikowi poczuć się jak uczestnik śledztwa, a nie tylko bierny obserwator.
Mamy tu wszystko, co powinno znaleźć się w tradycyjnym kryminale: małą społeczność, ekscentrycznych mieszkańców, trudną do zniesienia ofiarę, rodzinne konflikty i sekrety, które nagle zaczynają znaczyć więcej, niż ktokolwiek przypuszczał. Pojawia się również subtelnie zarysowany wątek romansu, który nadaje całości dodatkowego napięcia i sprawia, że historia nie ogranicza się wyłącznie do samej zagadki kryminalnej. Dzięki temu fabuła zyskuje bardziej ludzki, emocjonalny wymiar.
Choć powieść ma już ponad siedemdziesiąt lat, wciąż potrafi wciągnąć i zapewnić przyjemną, klasyczną rozrywkę. Dla mnie była to miła odmiana od dynamicznych, często brutalnych kryminałów naszych czasów — tutaj najważniejsze są relacje, dedukcja i klimat. Dzięki temu książka stanowi udany powrót do tradycyjnej zagadki detektywistycznej w jej najbardziej klasycznym wydaniu.
Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem
Data premiery: 02.12.2025 r.
Pierwsze wydanie wersji angielskiej: 1952 r.
Data premiery angielskiej: 10.10.2025r.
Ilość stron: 300
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Wymiary: 140x205 mm
Tytuł oryginalny: Death in Ambush: A Lost Christmas Murder Mystery
Tłumacz: Ewa Horodyska
ISBN 978-83-8335-718-8
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Moja ocena: 5/6






Zaciekawił mnie ten opis, szczególnie te wszystkie niefortunne znaki na początku. Klasyczne kryminały w stylu Agathy Christie mają w sobie coś takiego, że idealnie sprawdzają się na spokojne wieczory. Dobrze wiedzieć, że mimo upływu lat ta historia wciąż brzmi świeżo.
OdpowiedzUsuń